W program naszego przedsięwzięcia wpisane były trzy pokazy filmu pt. „Brat naszego Boga” na podstawie dramatu Karola Wojtyły w reżyserii Krzysztofa Zanussiego: pierwszy inauguracyjny - w Kinie Kijów. Centrum w Krakowie (w czerwcu), kolejny - w Kinie Sztuka w Chrzanowie (we wrześniu) oraz trzeci - w Kinie Muza w Myślenicach (w październiku 2017r.). Dwa ostatnie poprzedziły spotkania z prelegentem.

A dziś dzielimy się najciekawszymi fragmentami krakowskiej, czerwcowej rozmowy-spotkania z Reżyserem obrazu oraz aktorami: p. Grażyną Szapołowską oraz pp. Andrzejem Rogiem i Andrzejem Deskurem.

Dominika Jamrozy, koordynator Sceny Papieskiej w IDMJP2: Ksiądz Karol Wojtyła pisał dramat „Brat naszego Boga” w drugiej połowie lat 40-tych XX wieku. Po 1978 roku „runęła lawina” realizacji scenicznych tego tekstu i innych Jego dramatów. W tym roku, w czerwcu mija 20 lat od czasu, kiedy ekranizacja tego dramatu, obraz w reżyserii naszego wspaniałego gościa, Krzysztofa Zanussiego pojawił się na ekranach polskich i światowych kin. Dlaczego sięgnął Pan właśnie po ten tekst, po ten dramat Karola Wojtyły?

Krzysztof Zanussi, wybitny reżyser, producent, wykładowca akademicki: Najlepiej przywołać tu słowa Edmunda Hillary'ego, który na pytanie: dlaczego wspiął się na Mont Everest, odpowiedział: „Bo on tam był”. Były również okoliczności sprzyjające. Przez wiele lat Włosi i Amerykanie dogadywali się jak ten tekst „ugryźć”. W pewnym momencie miałem być koproducentem tego filmu, a ostatecznie zostałem reżyserem. I żeby było jasne, nikogo „nie wygryzłem”. Po prostu ktoś zrezygnował, bo to było zamierzenie samobójcze. Dlaczego? Ten tekst nie jest tekstem specjalnie sprawnym dramaturgicznie. Mówię to z całą lojalnością dla mojego scenarzysty Karola Wojtyły. To jest tekst młodzieńczy. Nie spróbowany nigdy przez autora na scenie. I to jest niesprawiedliwe. Normalnie, kiedy autor wystawia swoją nową sztukę, uczestniczy w próbach, zmienia tekst, poprawia go, patrzy jak on się układa w ustach aktorów, jaki jest rytm przedstawiania itd. To nie było dane Karolowi Wojtyle, wręcz przeciwnie. Jak mówi często powtarzana legenda, kiedy napisał ten tekst jako dwudziestokilkuletni wikary i zaniósł go do „Tygodnika Powszechnego”. Podobno pani Hanna Malewska przeczytała go, wezwała młodego autora i poradziła, żeby raczej skupił się na pracy duszpasterskiej. I tak zostało do czasu, kiedy Karol Wojtyła został biskupem. Wtedy wspomniana pani Malewska wyciągnęła z szafy tekst, przeczytała do końca i ... podobno poszła do spowiedzi. I słusznie. Ten dramat, może trochę niezgrabny, szczególnie w pierwszej części, jest ostatecznie niebywale głęboki. Sięga horyzontem tam, gdzie nikt z katolickich pisarzy powojennych nie sięgał. Tu jest przeciwstawienie chrześcijaństwa i marksizmu, widziane z perspektywy młodego księdza Karola Wojtyły, który jeszcze podczas studiów we Francji otarł się o tzw. księży robotników. Wojtyła „wprowadził” w tym dramacie również postać Lenina – w tekście Nieznajomego. I to też jest coś niezwykłego, przyszły Papież pisał dialogi Leninowi. Dla mnie także to był motyw, impuls, dla którego warto było ten film kiedyś zrobić i to Państwu przedstawiać także dzisiaj.

(…) Ważne są również wątki autobiograficzne Karola Wojtyły: rozterka młodego człowieka, który wie, że ma pewien spory potencjał, jako poeta, dramaturg, aktor, i decyduje się zostać kapłanem. (…) On ten dramat wyboru przypisuje Adamowi Chmielowskiemu, ale to jest również jego dramat.

(…) Pamiętam, że Jan Paweł II z zakłopotaniem przyjął wieść, że chcemy zrealizować ten film. Potem, kiedy odbyła się pierwsza projekcja w Castel Gandolfo, byłem ogromnie zdenerwowany, zbeształ mnie i powiedział: „Czym się Pan denerwuje? Pan tyle filmów zrobił. Dla Pana to nie ma znaczenia, ale dla mnie to straszne ryzyko, czy to się w ogóle da oglądać”. Państwo ocenią czy to się da oglądać. Nie był to film, który przeżył jakiś olbrzymi sukces kasowy, ale jeżeli się Państwo wsłuchają w ten trudny tekst, który tutaj pada po angielsku, bo ten film był adresowany do świata, nie tylko do Polaków, to sądzę, że dojdziecie również do wniosku, że warto.

Ciąg dalszy tutaj.

Newsletter

Zapisz się
do góry