"Człowiek, Teatr, Słowo. Ewolucja" - rozmowa z profesorem Januszem Kotlarczykiem o Jego Bliskich, rodzinnych tradycjach teatralnych, wspomnieniach związanych z Osobą Karola Wojtyły - Kapłana i Przyjaciela domu. Kolejny wywiad Dominiki Jamrozy z cyklu „Rozmowy Sceny Papieskiej”.

Dominika Jamrozy: Spotykam się z profesorem, którego zakres badań i zainteresowań naukowych obejmują, m.in. geologię, geomatematykę, geoinformatykę, sedymentologię, stratygrafię, rozmawiam z członkiem Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności, wielu krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych, współtwórcą czasopisma „Geoinformatica Polonica”. Nie sposób opisać w dwóch zdaniach Pańskiego dorobku, ale podejrzewam, że niejeden czytelnik tej rozmowy, który śledzi cykl „Sceny Papieskiej”, zapewne jest zaskoczony. Wyjaśniam: Profesor Janusz Kotlarczyk jest również autorem kilkudziesięciu publikacji z kręgu humanistyki, bratankiem Mieczysława Kotlarczyka (założyciela Teatru Rapsodycznego), autorem szeregu artykułów poświęconych Wadowicom, ich życiu teatralnemu okresu międzywojnia, losom artystycznym swojej rodziny, a także jej związków z Osobą Karola Wojtyły.


Rozmawiamy w gabinecie Pana Profesora, pijemy herbatę podaną w oryginalnie udekorowanych filiżankach. Widnieje na nich … szkielet ryby.


Profesor Janusz Kotlarczyk: Widzę na Pani twarzy zaskoczenie. Rysunek, któremu się Pani przygląda to Kotlarczykia batybia, ryba kopalna z jednej z rodzin ryb głębokowodnych, dziś już wymarłych. Kreatorką nowego rodzaju z moim nazwiskiem była ichtiolog, profesor Anna Jerzmańska, z którą opracowaliśmy kopalne ryby z oligocenu Karpat. W rodzinie tej jest również Bonapartia (sic!) – nazwana tak na cześć francuskiego badacza.

DJ: Godne towarzystwo! W naszej rozmowie nazwisko Kotlarczyk pojawi się wielokrotnie, także w kontekście pańskich badań i publikacji. Muszę zapytać: czy znalazł Pan ostatnio jakieś nowe informacje dotyczące historii Pana bliskich, szczegóły, którymi mógłby się Pan podzielić z naszymi czytelnikami?

JK: Tak, w minionym roku, w dwóch źródłach, znalazłem informacje potwierdzające fakt, że mój dziadek Stefan Kotlarczyk przed założeniem w 1908 roku „Jagiellonki” był już doświadczonym edukatorem teatralnym. Z rodzinnych przekazów wiedzieliśmy, że przed tym rokiem współpracował z innymi wadowickimi zespołami amatorskimi, np. z „Czytelnią Mieszczańską”, ale z dokumentów, o których mówię wynika, że był również reżyserem spektakli realizowanych przez Stowarzyszenie Młodzieży Rzemieślniczej „Zgoda” sporo wcześniej. Być może zdjęcie jego zespołu teatralnego datowane na rok 1906 prezentuje zespół „Zgody”. Dziadek pracę w sądzie podjął w 1903 roku i prawdopodobnie od tego momentu zaczęła się jego działalność teatralna. W 1911 roku otrzymał od swoich współpracowników złoty pierścień „w uznaniu długoletniej pracy reżyserskiej”.

DJ: Wyjaśnijmy: „Jagiellonka” to skrót. Pełna jej nazwa brzmiała Towarzystwo Urzędników im. Króla Władysława Jagiełły. Stefan Kotlarczyk kierował przez dwadzieścia dwa lata Kółkiem Teatralnym tego Towarzystwa.

JK: Tak, tę grupę tworzyli wadowiccy urzędnicy głównie sądowi, kupcy, absolwenci gimnazjum, studenci krakowskich uczelni wyższych. Próby odbywały się w salce, na pierwszym piętrze kamienicy, mieszczącej się na rogu ulicy Mydlarskiej i Rynku. W ramach „Jagiellonki”, która w 1910 roku otrzymała formalnie swój statut, działały jeszcze inne Koła: Koło Pań, szyjących kostiumy, Zespół Muzyczny i Chór. Z czasem spektakle realizowano z coraz większym rozmachem. Potrzebna była duża sala. I taka przestrzeń w okresie międzywojennym w Wadowicach się znajdowała, w budynku Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Była tam scena udostępniana różnym grupom, a do II wojny światowej działało tu wiele zespołów teatralnych, m.in. dziadka, stryja Mieczysława, „Sokoła”, Gimnazjum im. Marcina Wadowity, które notabene w październiku 2016 roku obchodziło jubileusz 150-lecia powstania.

DJ: Budynek „Sokoła” przetrwał wojnę.

JK: Stoi w Wadowicach na skrzyżowaniu ulic Sienkiewicza i Teatralnej. Podobny był do swojego krakowskiego „odpowiednika” przy ulicy Józefa Piłsudskiego. Niestety, po wojnie został przebudowany i zatracił swój architektoniczny charakter. Z pierwotnego budynku został tylko fragment westybulu i sala teatralna nieco unowocześniona.

DJ: Wróćmy jeszcze na moment do biografii Pana dziadka. Jak to się stało, że owo teatralne zainteresowanie pochłonęło go bez reszty?

JK: Podejrzewam, że teatr zafascynował go jeszcze z końcem XIX wieku. W Wadowicach działało wtedy kilka zespołów amatorskich. Nie był wyjątkiem. Młodzi ludzie byli wtedy bardzo zaangażowani w życie kulturalne swojego miasta. Austriacy dawali nam pewną swobodę. Powstawały sztuki proponowane przez Towarzystwo Szkoły Ludowej z Galicji, którego pierwszym prezesem był Adam Asnyk. Towarzystwo podjęło szeroką akcję tworzenia teatrów amatorskich, pisząc dla nich również repertuar – głównie teksty patriotyczne. Wykorzystywano również tłumaczenia popularnych sztuk zagranicznych autorów i polską literaturę. Wiem, że dziadek włączył się w ten nurt. Prawdopodobnie dzięki tej pasji poznał Marię Benedyktę Malotównę, swoją przyszłą żonę. Pracował w sądzie - był sekretarzem, a babcia prowadziła dom. Wcześniej w rodzinie dziadka Stefana teatralne tradycje nie istniały. Nic o tym nie wiem.

DJ: Dzięki owej pasji, pierwsze teatralne kroki stawiały również jego dzieci. Dom żył teatrem.

JK: Tak, funkcjonował według dwóch kalendarzy: jeden kalendarz nazwijmy cywilny - obejmował pracę zawodową dziadka i babci troskę o dzieci, o dom, a drugi artystyczny - popołudnia, skoncentrowany na jednym temacie - teatrze.

DJ: W swoich opracowaniach wspomina Pan „kultową przestrzeń” w mieszkaniu dziadków - „zielony pokój”.

JK: Mieszkanie dziadków miało dwa pokoje. Większy był sypialnią, jego okna wychodziły na ulicę Mickiewicza i na skwerek. Tytułem dygresji dodam: na planie, który kiedyś opublikowałem, uznałem, że jedno z okien w tym pokoju było zasklepione, i że tak jest do dzisiaj, ale po napisaniu tego artykułu znalazłem zdjęcie z owych czasów, na którym widać, że okno zabudowane wówczas nie było. To był duży, jasny pokój z czterema oknami. Ów zielony pokój, o który Pani pyta, mieścił się między kuchnią a sypialnią. Był pokojem twórczej pracy. Tu Stefan Kotlarczyk spotykał się ze swoimi współpracownikami i aktorami - omawiał ich role, pracował z nimi indywidualnie. Świadectwa pracy dziadka zawarte są w kronice cioci Janiny, jego córki. Po wojnie dotarła do osób, które go pamiętały. Wszyscy podkreślali jego zapał i pracowitość. Nie tylko natchnął ich miłością do ojczyzny, realizował sztuki patriotyczne, m.in. „Obronę Częstochowy”, „Kościuszkę pod Racławicami”, ale też uczył podstaw zawodu aktora. Dom Kotlarczyków był otwarty – pojawiali się w nim starsi i młodsi wadowiczanie, zafascynowani teatrem. Jestem niemal pewien, że wśród odwiedzających bywali też Wojtyłowie: ojciec Karol oraz synowie Edmund i Lolek. W annałach rodzinnych zachowała się notatka na jednym ze scenariuszy, że rolę oficera powstania styczniowego w sztuce L. Żypowskiego „Ostatni Syn Naczelnika” zagrał Edmund Wojtyła. Sądzę też, że zainteresował on teatrem swojego młodszego brata. Mój dziadek przygotowywał dla dzieci przedstawienia z okazji Świętego Mikołaja, Bożego Narodzenia. Sala pękała wtedy w szwach. W tych spektaklach występowali, będąc dziećmi, synowie dziadka. Moim zdaniem to jest właściwie pewne, że na te imprezy Karol Wojtyła (junior) przychodził ze swoim ojcem i bratem. Mój dziadek od sierpnia 1930 roku podupadł na zdrowiu. Zmarł w marcu 1931 roku, w wieku 67 lat.

DJ: Te smutne wydarzenia działy się pod koniec studiów Mieczysława Kotlarczyka. Stefan Kotlarczyk marzył, by syn przejął kierownictwo „Jagiellonki”.

JK: Tak, ale to kłóciło się już z wizją stryja, z jego planami naukowymi, teatralnymi. Mieczysław jako uczeń występował w Gimnazjalnym Kole Dramatycznym (tu wystawił m.in. Wieczór Trzech Wieszczów, Zemstę Fredry, Legendę Wyspiańskiego, Krzyżaków Sienkiewicza) oraz w spektaklach ojca w „Jagiellonce” (m. in. w widowisku Betlejem polskie Rydla). Teatrem się pasjonował. W 1926 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończył w roku 1931 i tam też pięć lat później obronił doktorat poświęcony krytyce teatralnej Towarzystwa Iksów. Jako student działał w Akademickim Kole Wadowiczan, w którym założył Koło Dramatyczne. Dziadek doradzał mu w niektórych inscenizacjach, w reżyserii.

DJ: Po zakończeniu studiów i powrocie do Wadowic Mieczysław Kotlarczyk powołał do życia Amatorski Teatr Powszechny przy Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” i kierował nim w latach 1931-37, realizując m.in. „Betlejem Polskie” L. Rydla, „Mazepę”, „Balladynę”, „Kordiana” J. Słowackiego, „Zemstę” A. Fredry, „Achilleis” St. Wyspiańskiego, „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza, „Judasza z Kariothu” K.H. Rostworowskiego. Po przyjeździe z Krakowa, przez cały czas był również pedagogiem: od 1929 roku uczył języka polskiego w Miejskiej Szkole Handlowej i w wadowickim Gimnazjum O.O. Karmelitów. W 1933 roku z dyplomem nauczyciela szkół średnich rozpoczął pracę w Collegium Marianum na Kopcu. W 1936 roku przeniósł się do Sosnowca.

JK: Podjął tam pracę w Gimnazjum im. Stanisława Wyspiańskiego. Okres sosnowiecki, czyli lata 1936-39 był ważny dla stryja. Nawiązał wtedy współpracę z teatrem w Katowicach, bywał na przedstawieniach, sporo publikował. Z młodzieżą, którą uczył przygotował cykl pięciu spektakli opartych na dramatach patrona gimnazjum. W Sosnowcu zaprzyjaźnił się również z Witoldem Wyspiańskim …

DJ: … który został potem kuratorem krakowskiego okręgu szkolnego i wspierał Rapsodyków tuż po wojnie. Panowie się szanowali, mimo różnic w poglądach politycznych. W roku 1937 Mieczysław Kotlarczyk wyjechał na ,,Festiwal Reinhardtowski’ do Salzburga. Jakiś czas później napisał własną wersję „Jedermanna” Hofmannstahla.

JK: Tak, wszystko się zgadza, z tego pobytu pisał sprawozdania, publikował artykuły, m.in. w „Kuźnicy”, w „Głosie Narodu”. Przez cały ten czas nie tracił kontaktu z Wadowicami, miał tam narzeczoną Zofię Opidowicz. Stryj doradzał i reżyserował wadowickie przedstawienia różnych zespołów, także tych z udziałem Karola Wojtyły. Muszę zwrócić uwagę Pani na jeszcze jedną ważną kwestię: w tym wadowicko-sosnowieckim okresie rodzi się koncepcja teatru religijnego Mieczysława Kotlarczyka, teatru opartego na polskiej literaturze, polskiej tradycji, realizowanego w ramach teatru narodowego. Zgadzał się ze zdaniem Emila Zegadłowicza, że „Scena to jest święta rzecz, ołtarz Boży”. Podzielał poglądy Juliusza Osterwy, jego koncepcji teatru i pracy z aktorem.

DJ: Czytam aktualnie teksty Pańskiego stryja, także te poświęcone teatrowi zagłębionemu w „sacrum”. Cenię bardzo współczesne profesjonalne realizacje sięgające do takiego zasobu polskiej literatury. Poruszyła mnie „Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Teatru „Wierszalin”. Widziałam ją podczas tegorocznego Festiwalu „Gorzkie Żale” w Warszawie. Znakomita reżyseria, gra aktorów, wspaniała scenografia, czerpanie z konwencji teatru misteryjnego, dorobku kulturowego minionych epok w warstwie wizualnej i muzycznej, pochylenie się z szacunkiem nad tekstem Mikołaja z Wilkowiecka, ale też czerpanie ze współczesności, z polskiej tradycji teatralnej to tylko kilka z wielu atutów mądrego spektaklu Piotra Tomaszuka.

JK: Nie widziałem tego przedstawienia. Coraz rzadziej bywam w teatrze, pewnie dlatego, że nie rozumiem do końca niektórych jego twórców.

DJ: Dzisiaj wychodząc z teatru nie powinniśmy pozostawać obojętni. Teatr współczesny oddziałuje głównie na emocje, coraz rzadziej bywa przygodą intelektualną. Widownia traktowana jako zbiorowość, przedstawiciele różnych pokoleń, których łączy wspólna płaszczyzna kulturowego porozumienia to niestety już przeszłość. Dziś widzowie to zazwyczaj grupa fanów określonego reżysera, określonej estetyki. Na szczęście teatry oferują nam sporą różnorodność, możemy wybierać. Wróćmy jednak do głównego nurtu naszej rozmowy. Dom Kotlarczyków, Mieczysława Kotlarczyka z Karolem Wojtyłą, potem Kapłanem, łączyły więzy przyjaźni, właściwie od tych lat najwcześniejszych.

JK: Loluś, bo tak mówiła do niego moja babcia, uczęszczał do wadowickiego gimnazjum w latach 1930-38. W tym czasie stryj prowadził Amatorski Teatr Powszechny. Mam pewną trudność w dokładnym ustaleniu, w którym roku Karol Wojtyła zaczął uczestniczyć w spotkaniach i lekcjach u stryja. Kotlarczyk miał kontakt z Gimnazjalnym Kółkiem Dramatycznym, bywał na jego spektaklach. Jak sądzę wtedy zauważył talent młodego Wojtyły i być może zaprosił do siebie. Był to prawdopodobnie początek 1935 roku. Na marginesie dodam, bo wiem to od cioci Janiny, że często po szkole w oczekiwaniu na stryja Lolek dostawał od mojej babci obiad, spotykał się i rozmawiał z innymi członkami naszej rodziny. Można też powiedzieć, że od tego momentu (czyli od roku 1935) Wojtyła włączył się bardziej aktywnie w działalność Koła Gimnazjalnego: wystąpił w „Ułanach Księcia Józefa” L. Mazura (maj 1935 r.), w „Antygonie” Sofoklesa (listopad 1935 r.). Te spotkania stryja z Karolem odbywały się regularnie do sierpnia 1936 roku. Potem, kiedy Mieczysław Kotlarczyk przyjeżdżał z Sosnowca do Wadowic, nie były już tak częste. Po co najmniej roku intensywnej wspólnej pracy nad tekstem stryj obsadził Wojtyłę w roli Zawilca w „Sułkowskim” S. Żeromskiego (maj 1936 r.), wystawionym przez Amatorski Teatr Powszechny. Działało cały czas Gimnazjalne Koło Dramatyczne, które wystawiło m. in. "Śluby panieńskie" A. Fredry (luty 1936r.) czy „Balladynę” J. Słowackiego z Wojtyłą w roli Kirkora/Kostryna (w reżyserii stryja). Kostium Kirkora ze srebrnej lamy, według wzoru kostiumu z Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie, uszyła mu moja babcia, Maria Kotlarczykowa. W obsadzie „Balladyny” (premiera w lutym 1937 r.) pojawiła się m.in. Halina Królikiewiczówna grająca tytułową rolę. Potem były następne spektakle Koła: „Kordian” J. Słowackiego (maj 1937 r.), „Nowy Don Kichot” A. Fredry (w 1937 r.) i „Zygmunt August” St. Wyspiańskiego (luty 1938 r.). Występował w nich Karol Wojtyła, a ostatnią sztukę nawet współreżyserował. Przyszły Papież grał również na scenie nowo wybudowanego Domu Katolickiego. Z Sodalicją Mariańską gimnazjum żeńskiego, pod opieką księdza Edwarda Zachera wystawili fragmenty „Nie-boskiej komedii” Z. Krasińskiego oraz przedstawienie „Apokalipsa św. Jana”. Ostatnią rolą zagraną przez Wojtyłę w teatrach wadowickich była ta powierzona mu przez stryja, w inscenizacji „Judasza z Kariothu” K.H. Rostworowskiego (w pierwszej połowie 1938 r.).

DJ: Powróćmy jeszcze do spotkań Kotlarczyk-Wojtyła. Czy wie Pan jak wyglądały?

JK: Mówiły mi o tym ciocie: Janina i Marysia. Pedagog i uczeń spotykali się we wspomnianym wcześniej „zielonym pokoju”. Na początku była to głównie nauka dykcji. Wielokrotnie powtarzali te same ćwiczenia, teksty. Ciocia Marysia wspominała, że zaglądając pewnego razu z kuchni do pokoju zobaczyła, jak kilkunastoletni Wojtyła trzymając się oburącz za głowę, obrazowo pokazywał jej, że tej nauki i pracy jest dużo, baaardzo dużo… Dopiero po jakimś czasie zaczęły się ich rozmowy o literaturze, o teatrze. W 1938 roku Wojtyła wyjechał do Krakowa na studia polonistyczne. Polonistykę studiowała również Zofia Opidowicz, żona stryjka (pobrali się w czerwcu 1938 r.), która mieszkała na kwaterze w Krakowie, przy ul. Długiej. Tam stryjek przyjeżdżał z Sosnowca w odwiedziny do młodej żony. Tam też odwiedzali ich, mieszkający wówczas przy ul. Tynieckiej 10, Karol Wojtyła z ojcem. W mieszkanku cioci Zosi odbywała się ta słynna gra „obsadzajmy”. Na czym polegała? Rozmawiali np. o „Dziadach” i padało pytanie: kogo chciałbyś zagrać? Konrada - Gustwa? Senatora? Księdza Piotra? We wrześniu 1939 roku wybuchła wojna. Mieczysław Kotlarczyk został w Wadowicach, a Wojtyła z ojcem - w Krakowie. Dzieliła ich granica. W okresie od września 1939 roku do czerwca 1941 roku (momentu kiedy stryjek przedostał się do Krakowa), pozostawała im tylko korespondencja, wymiana listów dostarczanych, m.in. przez Halinę Królikiewiczównę. Zachowały się listy Wojtyły do Kotlarczyka, Kotlarczyka do Wojtyły niestety nie.

DJ: Czas wojny był okrutnym doświadczeniem dla wielu. W lutym 1941 roku umarł ojciec przyszłego papieża. Młody Wojtyła zamieszkał tymczasowo u rodziny Państwa Kydryńskich. Tu z grupą przyjaciół poznanych podczas studiów, w Konfraterni Teatralnej („Studio 39”), spotykał się, m.in. z Tadeuszem Kudlińskim, z Juliuszem Osterwą. Pracowali m.in. nad II aktem sztuki Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka”, pochylali się nad tekstami Szekspira, Norwida, Wyspiańskiego. Młodzi wadowiczanie opowiadali o swoim nauczycielu Mieczysławie Kotlarczyku, który uciekając przed niemieckimi represjami przyjechał do Krakowa. Wkrótce, po nawiązaniu kontaktu z Karolem Wojtyłą, na jego prośbę państwo Kotlarczykowie, przenieśli się do mieszkanka w domu przy ul. Tynieckiej 10.

JK: Tak, w pierwszym pokoju mieszkał Karol Wojtyła, a ciocia ze stryjkiem w drugim, w głębi tego mieszkania.

DJ: W Krakowie Kotlarczyk poznał Kudlińskiego i wstąpił do katolickiej, podziemnej organizacji „Unia”.

JK: … podlegającej Rządowi Londyńskiemu. Stryjowi powierzono misję stworzenia podziemnego teatru. Chcę jeszcze nawiązać do tego dwuletniego okresu między czerwcem 1939 roku a latem 1941 roku. To nie był „stan próżni” w życiu Kotlarczyka. To był czas dojrzewania mentalnego stryja, do sprecyzowania swojej autorskiej wizji teatru słowa i polskiego repertuaru. W tym okresie, powstawała jego wizja teatru narodowego, bliska koncepcji Wojciecha Bogusławskiego. Wtedy Kotlarczyk sięgnął też do poematu „Król-Duch” J. Słowackiego. Fascynował się aktorami, którzy pięknie recytowali. Jednym z nich był Moissie, miał jego płyty. Pomyślał: gdybym ja tego „Króla Ducha” głośno przeczytał, jakby to zabrzmiało? I to wiem z jego notatek osobistych, że jak zaczął czytać ten poemat, to przeżył iluminację, olśnienie, że to jest właśnie ta materialna strona teatru, że narodowy teatr to teatr z pięknie podanym słowem, polskim repertuarem, także niescenicznym. Dla tej koncepcji Mieczysław Kotlarczyk przyjął już w Krakowie nazwę Teatr Nasz. To miał być teatr z naszą wiarą, naszą religią, z naszymi sztukami, z naszymi autorami, których teksty miały być podawane w znakomity sposób, z zachowaniem melodii słowa itd. W korespondencji stryja z Wojtyłą znaleźć można zalążki tej koncepcji. Wojtyła pisał „ten Twój Teatr”, „chciałbym być w Twoim Teatrze”. To był teatr narodowy, piękny i patriotyczny. Potem Kotlarczyk konsekwentnie to realizował, o czym Pani doskonale wie. Moim zdaniem ten drugi okres, czyli lata 1939-41 jest bardzo ważny. Wypełniała go również analiza propozycji ówczesnych reformatorów teatru, m.in. Konstantego Stanisławskiego, Maxa Reinhardta, Wsiewołoda Meyerholda, Leona Schillera, Juliusza Osterwy…

DJ: … ale też do Adama Mickiewicza, jego Lekcji XVI wygłoszonej w kwietniu 1843 r. w Paryżu, do twórczości Cypriana Kamila Norwida, do dzieł Stanisława Wyspiańskiego, jego Studium o Hamlecie. Do dzieł będących swoistą Biblią dla twórców teatru polskiego XX wieku. W Pana propozycji - analizie i periodyzacji biografii twórczej Mieczysława Kotlarczyka - trzecim etapem jego pracy, artystycznych poszukiwań są lata 1941-67, czyli czas działalności Teatru Rapsodycznego.

JK: Tak, ten etap ma trzy podokresy: do końca okupacji w 1945r., pierwszą likwidację w 1953 i drugą – w 1967r. Obie likwidacje miały charakter polityczny.

DJ: Nie będziemy przywoływać tu historii tego Teatru, ale to warto podkreślić, że w trudnych sytuacjach przychodziła pomoc ze strony Kościoła, także w 1967 roku.

JK: Dzięki wstawiennictwu kardynałów Wyszyńskiego i Wojtyły stryj znalazł zatrudnienie w Archidiecezjalnym Seminarium Duchownym w Krakowie (wykładał m.in. retorykę i wymowę, przygotował z klerykami kilka spektakli) oraz na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (zrealizował tu m.in. np. tryptyk-misterium „Amor Divinus”). Moim zdaniem to jest właśnie dominantą, czwartego ostatniego etapu jego działalności. Stryj powrócił wtedy do swoich pierwszych poszukiwań, do swojej wizji teatru religijnego z 1936 roku, z Wadowic.

DJ: Piękna klamra. Mieczysław Kotlarczyk zmarł w lutym 1978 roku. Nie dane mu było przeżywać radości dnia 16 października. Kardynał Wojtyła pożegnał przyjaciela na salwatorskim cmentarzu w Krakowie…
Chcę zapytać jeszcze o Pańskie wspomnienia związane z Teatrem Rapsodycznym. Wiem, że bywał Pan na spektaklach tego zespołu.

JK: Muszę Pani powiedzieć, że znalazłem się w dosyć trudnej sytuacji. Kiedy w 1945 roku rozpocząłem naukę w gimnazjum wadowickim, języka polskiego uczył mnie profesor Kazimierz Foryś, który w okresie międzywojennym występował w teatrze stryja. Profesor był poetą, niezwykle wyczulonym na słowo. Co jakiś czas na lekcjach zadawał mi pytanie: co nowego stryjek Mieczysław proponuje w swoim teatrze? To była moja dodatkowa motywacja. Regularnie oglądałem Rapsodyków. Pierwsze przedstawienia widziałem w Kinie „Wolność”. Maturę zdałem w 1949 roku. Potem, studiując w Krakowie, nie mogłem zaniechać bywania na spektaklach teatru stryja. Towarzyszyłem temu zespołowi przez te wszystkie lata. Z Teatrem Rapsodycznym związana była od 1959 roku, przez kilka sezonów moja żona, występująca pod pseudonimem Ewa Bezegy. Występowała na Skarbowej, m.in. w „Szopce Krakowskiej”.

DJ: W naszej rozmowie Osoba Karola Wojtyły pojawiła się już wielokrotnie. Czy może Pan przywołać swoje wspomnienia związane z postacią tego wyjątkowego Kapłana, może również te rodzinne?

JK: Są w naszym rodzinnym archiwum piękne listy od Niego, w których padają słowa: „Ze wzruszeniem wspominam czasy Wadowickie”, „błogosławię Państwa Rodzinę, śp. Mamę Kotlarczykową, Mieczysława, z którym łączą mnie więzy przyjaźni”. Pamiętam spotkania z Księdzem Wojtyłą na imieninach stryja Mieczysława. Bywałem na nich często. Ksiądz Wojtyła był wtedy wikarym w Kościele pod wezwaniem świętego Floriana w Krakowie, prowadził Duszpasterstwo Akademickie. Pamiętam stryj pytał Go jakie tematy tam podejmuje i muszę powiedzieć, że byłem pod ogromnym wrażeniem tego, co mówił. Jakże głębokie były myśli tego młodego Kapłana… Kiedyś po jednych z tych imieninowych spotkań – to był rok 1949 lub 1950 – stryj powiedział do nas: A ja wam mówię, zobaczycie, że Lolek będzie Papieżem! I muszę Pani powiedzieć, że tym żyliśmy, że w to wierzyliśmy. Pamiętam też opowieść rodzinną, dotyczącą wyjątkowej wizyty Biskupa Wojtyły w Kalwarii. Tam po wojnie zamieszkała moja babcia z córką Janiną i zięciem, państwem Mrozami. Wszedł do nich do domu (wcześniej zapowiedziany przez swojego sekretarza) i powitał ich słowami „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, na co moja babcia odpowiedziała: „Na wieki wieków. Witamy Jego Ekscelencję”. Biskup Wojtyła podszedł wtedy do niej, mocno ją przytulił i powiedział: „Mamo, proszę mów mi Loluś” .

DJ: Wzruszające. Taki był, kochał ludzi i skracał dystans, pamiętał. Dziękuję Panu za inspirujące spotkanie, za czas mi poświęcony. Panu, całej Rodzinie pp. Kotlarczyków życzę dobrych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Newsletter

Zapisz się
do góry