Wystawa pt. „Małopolska Karola Wojtyły – Jana Pawła II” ma na celu przygotowanie nas na jubileusz 100-lecia urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II. Na potrzeby wystawy nagrano 15 wywiadów, w których osoby będące świadkami życia, dzieła i świętości naszego Rodaka, dzielą się swymi wspomnieniami.

Odc. 5 - Dr Stanisław Dziedzic, historyk literatury, publicysta, teatrolog, nauczyciel akademicki, dyrektor Biblioteki Kraków. Opracował i podał do druku „Sonety i Magnificat”, a w 1996 młodzieńcze wiersze Karola Wojtyły, Członek Komitetu Naukowego Krytycznego Wydania Dzieł Literackich Karola Wojtyły – Jana Pawła II.

 


Krakowski świat młodego Karola Wojtyły

Wybór studiów polonistycznych

Wybór studiów dokonany przez Karola Wojtyłę był oczywisty – nie było przed wojną normalnego trybu akademickiego kształcenia aktorów, poza warszawską PIST. Nie było szkół teatralnych, które przygotowywałyby na wyższym akademickim poziomie. Były to szkoły przy samych teatrach. Polonistyka dla osoby, która podejmowała próby pisarskie, miała już jakiś dorobek literacki i pasjonowała się scenicznym słowem – sam papież po latach zresztą to wyznał – była kierunkiem najwłaściwszym. Krakowska polonistyka grupowała wybitnych uczonych. To też pewnie zadecydowało o tym, że Karol Wojtyła, który przyjeżdżając z Wadowic do Krakowa, wiedział, że tutaj spotka wybitnych pisarzy, historyków literatury, że to środowisko będzie dla niego środowiskiem niezwykłym.

Znał także potencjał krakowskiego teatru, w tym teatrze bywał – on, który występował na scenie wadowickiej, bywał tutaj i bywał na spotkaniach z największymi mistrzami krakowskiej sceny. Stąd i wybór miasta był oczywisty. Zresztą z Wadowic oczywistością było przyjeżdżanie na studia akademickie do Krakowa, w żadnym wypadku nie do Lwowa czy do innych ośrodków.

W gruncie rzeczy pewnie czuł się i poetą i aktorem i nie widział w tym żadnej sprzeczności. Stąd też, gdy przyjeżdżał do Krakowa na studia, podjął również naukę w utworzonej przez Krakowską Konfraternię Teatralną szkole dramatycznej w „Studiu 39”.

 

Mieszkanie przy ul. Tynieckiej w Krakowie

Do Krakowa przyjechał wraz z ojcem, więc zlikwidowali wadowickie mieszkanie. W Krakowie brat jego matki, Robert Kaczorowski, miał przy ul. Tynieckiej 10 własny dom, piętrowy, wolnostojący, z niewielkim ogrodem. W domu tym mieszkały także dwie siostry matki Karola. Na cele mieszkalne mogły być w tej sytuacji przeznaczone już tylko suteryny. Zdecydowali się przyjąć zaoferowane pomieszczenia, za które nie musieli płacić czynszu. Nie byli zamożni. No, ale te pomieszczenia trzeba było przygotować, wyremontować. I najpewniej to zadecydowało o tym, że ojciec z pomocą syna przygotował te pomieszczenia, wyremontował, ale na czas, kiedy one nie nadawały się jeszcze do zamieszkania Karol Wojtyła zamieszkał w II Domu Akademickim Uniwersytetu Jagiellońskiego na Oleandrach, czyli w dzisiejszym Domu Studenckim „Żaczek”. Mieszkał tam pewnie parę tygodni, ale ten czas dobrze zapamiętał. Pamiętam rozmowę z ówczesnym metropolitą krakowskim w 1977 roku w czasie spotkania opłatkowego, gdy zapytany przez niego, gdzie mieszkam odpowiedziałem, że mieszkam w „Żaczku”, kardynał Karol Wojtyła powiedział mi następujące słowa, które pamiętam do dziś: „Mam z tym domem, który wtedy był nazywany II Domem Akademickim Uniwersytetu Jagiellońskiego, dużo wspomnień. Nie miałem śmiałości pytać o szczegóły, bo była nazbyt długa kolejka do składania życzeń krakowskiemu metropolicie, ale po latach, udało mi się – już samodzielnie – zrekonstruować niektóre zdarzenia z życia Karola Wojtyły, mieszkańca II DS. UJ i członka zarządu „Bratniaka”, którego siedziba mieściła się właśnie w tym gmachu przy Oleandrach.

Kiedy wykończono te pomieszczenia w wujowskim domu, wrócił na Dębniki do ojca, gdzie mieszkali razem przez okres następnych paru lat. Po śmierci ojca Karol Wojtyła mieszkał tam dalej do sierpnia 1944 roku, gdy z powodu zagrożenia wojennego po tzw. „Czarnej niedzieli” został decyzją metropolity krakowskiego księcia Sapiehy przeniesiony już do pałacu biskupiego.

Mieszkanie dębnickie było skromne, ale wydaje mi się, że dzisiaj po jego wyremontowaniu z przeznaczeniem na cele muzealne można sobie wyobrazić jak ono wyglądało. Ksiądz Józef Nowobilski, ówczesny dyrektor Muzeum Archidiecezjalnego zadbał o możliwie wierne odtworzenie jego wyposażenia. Dwa pokoje, korytarz, maleńka toaleta, mała kuchnia od strony ulicy... Okna w pokojach wychodziły na niewielki, ale bardzo ładny ogródek i pewnie tak tam też wtedy było. To mieszkanie, które później nazwali koledzy Karola Wojtyły – katakumbami, ze względu na to położenie i na fakt, że tam rodził się konspiracyjny Teatr Rapsodyczny. Tam odbywały się próby, tam prowadzona była niejedna dyskusja, którą toczył w wirze wielkiego emocjonalnego zaangażowania Karol Wojtyła ze skłonnym do znacznie większej emocjonalności Mieczysławem Kotlarczykiem, a może i z jego żoną – Zofią – świetnie zresztą w tym względzie przygotowaną polonistką. W 1941 roku, a więc już po śmierci ojca, kiedy Mieczysław Kotlarczyk przybył do Krakowa razem z żoną, chroniąc się przed spodziewanymi aresztowaniami i podjął pracę jako konduktor tramwajowy, Karol podzielił się tym skromnym mieszkaniem z przyjacielem i z jego żoną i zamieszkali razem: w jednym pokoju była jego sypialnia, w drugim państwa Kotlarczyków. Tam zresztą urodziła się starsza córka państwa Kotlarczyków, Aniela. I to skromne mieszkanie było mieszkaniem niezwykłym, bo tam przychodzili koledzy i koleżanki, tam dyskutowano o teatrze, tam odbywały się próby. I jeden z wielkich uczonych Uniwersytetu Jagiellońskiego wręcz powiedział: „W tych katakumbach dzieją się wielkie rzeczy”. Dość powiedzieć, że Karol Wojtyła właśnie tam bardzo rozwinął się literacko. Jeśli śledzimy jego pierwsze listy, które pisał zanim Kotlarczyk przyjechał do Krakowa, od jesieni 1939 roku do początków 1941 roku (tych listów zachowało się dziewięć), na szczęście zachowały się w zbiorach rodziny Kotlarczyków – i śledzimy to, nad czym autor pracował, możemy stwierdzić, że był to w życiu Karola Wojtyły okres gruntownej pracy wewnętrznej i literackiej.

Ten młody, 20 letni mężczyzna mógł zaskakiwać niebywałą wiedzą, o czym zgodnie mówili rówieśnicy, miedzy innymi koleżanki i koledzy z krakowskiej polonistyki, ludzie o głośnych z czasem nazwiskach: literaci, aktorzy, dziennikarze i naukowcy. W pierwszych miesiącach wojny, zanim podjął pracę w kamieniołomach i w Solvayu, sporo czytał: literaturę piękną, dzieła filozoficzne i teologiczne, Stary i Nowy Testament. Z tego okresu pochodzą trzy pierwsze dramaty Karola Wojtyły, tzw. dramaty polonistyczne. Ale wcześniej, wiosną 1939 roku ukończył młodzieńczy tomik poetycki – „Psałterz. Księga słowiańska” zwany też „Renesansowym psałterzem”. Wydany pół wieku później, zaskakuje ogromnym oczytaniem i kulturą literacką Autora. Te literackie juwenilia odsłaniają też obszar artystycznych i ideowych inspiracji czy odniesień, choć w kwestiach dla Autora zasadniczych, odrębność i samodzielność myślowa jest wyrazista. Z okresu pierwszych wojennych miesięcy pochodzi nie odnaleziony dotąd dramat „Dawid” oraz następne dwa dramaty – „Hiob” i „Jeremiasz”, zwane, dla odróżnienia od późniejszych, osadzonych w formule rapsodycznej, właśnie dramatami polonistycznymi.

No ale z tego okresy pochodzą też inne utwory – wtedy pojawia się przecież literatura mistyczna w moim odczuciu najlepsze utwory Karola Wojtyły. Ja myślę, że nie będzie przesady jeśli powiem, że mało który poeta XX wieku wspiął się na wyżyny tak wysokiej poezji religijnej, jak Karol Wojtyła w utworze „Pieśń o Bogu ukrytym”. Więc w okresie wojennym Wojtyła ciężko pracuje fizycznie, ale też bardzo doskonali swoje artystyczne i intelektualne ego.

 

„Kawaler księżycowy” z Karolem Wojtyłą

Długo rozmawiałem z Tadeuszem Kudlińskim, z którym łączyła mnie wieloletnia znajomość – to był człowiek absolutnie niezwykły, z wykształcenia prawnik, ale z zamiłowania literat, człowiek kultury, krytyk literacki. Tadeusz Kudliński razem z gronem paru artystów krakowskich postanowił przygotowywać coroczne edycje Dni Krakowa. Te Dni rodziły się na początku lat 30. w sposób mało atrakcyjny. Uznano zatem, że trzeba będzie zorganizować jakąś strukturę organizacyjną, która pozwoli na wykreowanie dobrego na miarę Krakowa i jego środowiska rytuału. Tak więc powstała Krakowska Konfraternia Teatralna, a parę miesięcy później przy niej powstało Studio Dramatyczne 39. Szkoła miała w zamierzeniu być trzyletnią i miała wśród pedagogów skupiać po pierwsze wybitnych literaturoznawców i teatrologów. Może wtedy jeszcze nie było pojęcia „teatrolog”, ale to była świetna szkoła teatrologiczna w znaczeniu także dzisiejszym. Miała skupiać też reżyserów, scenografów i kompozytorów. Słowem: piękne ambicje, świetni wykładowcy i dobrze zorganizowane zajęcia warsztatowe, pod kierunkiem doświadczonych reżyserów, scenografów itp. Założono, że każdy rok zakończy się spektaklem warsztatowym. Zwrócono się do trzech krakowskich literatów z prośbą o napisanie dramatów – scenariuszy, dotyczących trzech „arcykrakowskich” tematów: Brata Alberta Chmielowskiego, Wita Stwosza i jego ołtarza Mariackiego oraz czarnoksiężnika Twardowskiego. Dwóch bohaterów tak pomyślanych dramatów pochodziło z czasów staropolskich, trzeciego – Brata Alberta, wielkiego jałmużnika krakowskiego dość powszechnie jeszcze pamiętano; pamiętano jego dzieła miłosierdzia i codzienne kwestowanie na rzecz bezdomnych. Pierwszy podjął temat Marian Niżyński. Niżyński był absolwentem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, robił dyplom m.in. u Frycza, był scenografem, rzeźbiarzem i malarzem. Człowiek o renesansowych zainteresowaniach, uprawiał też poezję, pisał powieści, był człowiekiem niezwykle płodnym artystycznie. Obraził się co prawda na podpowiedź zamówienia tematu o Mistrzu Twardowskim, bo miał nienajlepsze doświadczenie z wykonaniem na krakowskim konkursie dramacie o Czynie Legionowym, który zresztą to dramat był wystawiany w Teatrze Słowackiego, ale zniekształcono tam jego intencje. Marian Niżyński był człowiekiem porywczym, ale bardzo sprawnym. Napisał piękną śpiewogrę pt. „Kawaler księżycowy”. Dorobiono do tego muzykę i w parę miesięcy przygotowano znakomity spektakl, przyjęty przez publiczność jako rzecz niezwykle interesującą. W spektaklu dominowali młodzi ludzie, studenci. Z roku Karola Wojtyły, z I-szego roku polonistyki było ich bodaj pięcioro: dominowali Juliusz Kydryński, Tadeusz Kwiatkowski, Bogusława Czuprynówna, Krystyna Dębowska i Karol Wojtyła. Spektakl był zrobiony z ogromnym rozmachem. Stać ich właściwie było na ten rozmach dopiero przy próbie generalnej, bo wcześniej były to próby w domu przy ul. Sławkowskiej, podnajętym przez konfraternię, bo przecież nie mieli własnej siedziby. Konfraternia i Studio Teatralne korzystało z dotacji Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, ale to były stosunkowo nieduże dotacje. Spektakl ten został znakomicie przygotowany i rozmach jego odsłoniła właśnie próba generalna, która odbyła się w docelowym miejscu, czyli na dziedzińcu Kolegium Nowodworskiego. 7 czerwca 1939 roku w pięknej późnorenesansowej scenerii dziedzińca z wykorzystaniem niezwykle efektownych schodów, loggii i arkad na pierwszym piętrze odbył się pokaz „Kawalera księżycowego”. Zachowało się sporo informacji na ten temat. Wszystkie są zgodne: spektakl był świetny i był zrobiony w sposób lekki, trochę prześmiewczy, ale bez prześmiewczości dla prześmiewczości, posiadał bardzo celne odniesienia wręcz aluzje do sytuacji międzynarodowej Polski w przededniu II wojny światowej, a odwołując się bardzo zgrabnie do wzorców literackich romantycznych, pokazał Niżyński, że ta sytuacja Polski to właściwie sytuacja osamotnienia. Kilka tygodni później miało się okazać jak tragiczne było to osamotnienie. Karol Wojtyła wśród znaków Zodiaku grał rolę Byka. Opowiadał mi Tadeusz Kudliński skąd ten wybór jego roli. Wojtyła miał świetnie postawiony głos, miał głos donośny, mocny. Pamiętajmy, że nie było tam nagłośnienia w znaczeniu dzisiejszym. Ta sceneria, to przestrzeń dość dużego dziedzińca i trzeba było opanować gwar publiczności i być dobrze słyszalnym. Zdaniem Tadeusza Kudlińskiego takim głosem dysponował właśnie Karol Wojtyła. W recenzjach pisano, że „Kawaler księżycowy” powinien wejść do stałego repertuaru Dni Krakowa. Spektakl pokazywano zresztą jeszcze parokrotnie w tej samej scenerii. Raz nawet zdarzyła się sytuacja wyjątkowa, bo było prawie oberwanie chmury, mocny deszcze, na szczęście niedługi. Aktorzy pochowali się w miejscach ustronnych, głownie pod arkadami, razem z publicznością. Był jeszcze jeden nadzwyczajny spektakl, sierpniowy. Organizowano w Krakowie zjazd legionowy, na Wawelu odbyło się parę spektakli m.in. „Sława oręża polskiego” Ludwika Hieronima Morstina i wtedy także właśnie z okazji tego zjazdu legionowego – jako wyjątkowo udany produkt artystyczny, przepraszam za słowo „produkt” – wystawiono właśnie „Kawalera księżycowego”.

Wybuch wojny światowej uniemożliwił przygotowanie następnej premiery, która miała być spektaklem warsztatowym Studia Dramatycznego 39 w roku następnym. Adam Bunsch, znany plastyk i dramaturg krakowski, natenczas mieszkający w Bielsku, nieomal od ręki napisał, już końcem 1938 r., dramat „Ręce Stwoszowej Basi”, przygotował też projekty dekoracji. Spektakl miał być wystawiany w Barbakanie. Tylko Wiesław Gorecki nie zdołał przed wybuchem wojny napisać sztuki o Bracie Albercie Chmielowskim. Wyręczył go w tym względzie wspomniany już Adam Bunsch, który w 1941 r., w Glasgow napisał „Gołębie brata Alberta” oraz słuchacz Studia Dramatycznego – Karol Wojtyła, autor kilku wersji „Brata naszego Boga”, z których pierwsza powstała w okresie okupacji hitlerowskiej, a ostateczna została ukończona w 1949 r., w okresie wikariatu w parafii św. Floriana.

 

Wojna i okupacja

Wojna i ciężkie reperkusje ze strony okupantów uniemożliwiły działalność Studia Dramatycznego 39, a także Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nadzieje na otwarcie roku akademickiego rozwiało podstępne aresztowanie zaproszonych do Collegium Novum profesorów UJ. Karol Wojtyła był tego tragicznego dnia 6 listopada w pobliżu Collegium Novum i był świadkiem brutalnego wyprowadzania profesorów, pod niemiecką eskortą, do samochodów ciężarowych, którymi mieli być wywiezieniu do więzienia, a w konsekwencji do obozu. Już wcześniej, od połowy września uczęszczał na seminarium niższe prowadzone przez prof. Kazimierza Nitscha oraz zajęcia z interpretacji literatury polskiej. Podejmowanie zajęć na uczelni nie miało jeszcze charakteru konspiracyjnego. Władze Uniwersytetu Jagiellońskiego, zgodnie z decyzją Senatu UJ z dnia 19 września, zamierzały bez uzgodnienia z okupantem inaugurować nowy rok akademicki. Karol Wojtyła na kilka dni przed planowaną inauguracją, w dniu 2 listopada 1939 r. zapisał się na drugi rok polonistyki, lecz – jak już wspomniałem – już wcześniej uczęszczał na niektóre zajęcia. W październiku, zapewne wobec zawieszenia zajęć Studia Dramatycznego 39, ale i w związku z sytuacją okupacyjną, w mieszkaniu Państwa Kydryńskich, przy ul. Felicjanek 10, rozpoczęli swoje spotkania, związane ze wspólnym czytaniem wielkiej literatury polskiej, Juliusz Kydryński, Tadeusz Kwiatkowski i Karol Wojtyła, którzy do tych zajęć zaprosili także koleżankę z polonistyki uniwersyteckiej, Halinę Królikiewicz, a w kilka miesięcy później także młodszą o kilka lat Danutę Michałowską, laureatkę konkursów recytatorskich w środowiskach gimnazjalnych. W nawiązaniu do doświadczeń Studia 39 „rozbitkowie” tego Studia kontynuowali swoją działalność pod kierunkiem Tadeusza Kudlińskiego. Zajęcia odbywały się teraz konspiracyjnie, głównie w mieszkaniu państwa Kudlińskich przy ul. Słonecznej (obecnie Prusa), na Salwatorze. Sięgano głównie po literaturę romantyczną i młodopolską – m.in. po fragmenty „Wesela”, „ Dziadów” czy „Wyzwolenia”. Zabrania te były poświęcone nie tylko praktyce teatralnej, bo towarzyszyły im dyskusje teoretyczne. W wymowie tych utworów ci młodzi ludzie szukali sił krzepiących, utraconych nadziei na odzyskanie niepodległości Sytuacja polityczna w Europie była niełatwa wbrew wszelkim nadziejom, bo Niemcy podbijali kolejne kraje, umacniał się terror. Podczas spotkań adepci, sięgający po pióro, czasem prezentowali fragmenty swoich własnych utworów literackich. Wiosną 1940 roku, podczas takiego spotkania „rozbitków 39” Karol Wojtyła przedstawił zebranym fragmenty poematu dramatycznego „Hiob”. Podczas tego wieczoru Tadeusz Kwiatkowski wyraził wątpliwości względem celowości powracania do trochę archaicznych gatunków biblijnych opowiadań. Po latach, we wspomnieniu „Karol”, zamieszczonym w zredagowanej przez Juliusza Kydryńskiego książce wspomnieniowej „Młodzieńcze lata Karola Wojtyły”, Kwiatkowski, zawsze wolny od okolicznościowej kurtuazji, pisał: „Spieraliśmy się wówczas o sens nawrotu do średniowiecznych misteriów, o istotę metafory przenoszącej znaczenie przeszłości na czasy teraźniejsze, o problemy religijne i etyczne. W tym Karol bił nas pod każdym względem znajomością dzieł, o których nie mieliśmy dotąd pojęcia”.

Tego wieczoru Tadeusz Kudliński, broniąc koncepcji ideowej i artystycznej Karola Wojtyły, powołał się na stanowisko Juliusza Osterwy w tym względzie. Wybitny aktor argumentował po wielekroć, że sztuki i religii oddzielać nie można, wszak religia jest nauką i sztuką, a nauka i sztuka jest religią. Osterwa wielokrotnie podkreślał, że sztuka teatralna zyskuje swój wymiar narodowy i artystyczny w zestawieniu z ołtarzem. I oto Juliusz Osterwa zaczął pojawiać się w gronie „rozbitków Studia 39”. Początkiem 1940 roku Juliusz Kydryński spotkał w jednym z krakowskich antykwariatów Osterwę i w poufnej rozmowie poinformował go o działalności grupy. Na zaproszenie artysty Kydryński w towarzystwie Karola Wojtyły, złożyli mu wizytę. W ten sposób Juliusz Osterwa został włączony w prace zespołu. Był wiernym obserwatorem i życzliwym krytykiem ich poczynań, także wówczas, gdy już pod kierunkiem Mieczysława Kotlarczyka zespół, w zmienionym trochę składzie, będzie już Teatrem Rapsodycznym. Osterwa był bardzo wymagający, ale ogromnie życzliwy. Myślę, że rozmowy z Osterwą bardzo dużo dały Wojtyle.

Karol Wojtyła korespondował w latach 1939-1941 z przebywającym naówczas w Wadowicach Mieczysławem Kotlarczykiem. Zachowane 9 listów Wojtyły do Kotlarczyka ukazują kierunki zainteresowań i poszukiwań młodego Wojtyły w trudnych wojennych czasach. Był zachwycony Osterwą, jego wskazaniami i koncepcjami, ale w jednym z listów podkreślał, że Osterwa już mu nie wystarcza, że Kotlarczyk sięga głębiej, że jego wizja teatru bardziej mu odpowiada.

Zespół przed zapowiedzianym z twórcą Reduty spotkaniem postanowił przystąpić do pracy nad dramatem „Uciekła mi przepióreczka” Stefana Żeromskiego. Jak wiadomo, dramat ten miał dla Osterwy znaczenie szczególne, Żeromski bowiem dla niego napisał tę sztukę, z myślą o zagraniu roli głównej – Przełęckiego właśnie przez Osterwę. Kwiatkowski z Kydryńskim pozyskali do roli Smugoniowej Danutę Michałowską. Karol Wojtyła występował w roli Smugonia, a w roli Przełęckiego – Juliusz Kydryński. Zrezygnowano po wstępnych próbach i spotkaniu z Osterwą z prezentacji całości i przygotowano tylko drugi akt, w którym występują trzy osoby: Przełęcki (Kydryński), Smugoniowa (Michałowska), Smugoń (Wojtyła). Karol Wojtyła reżyserował ten tak pomyślany spektakl, który wystawiono w mieszkaniu Kydryńskich przy ul. Felicjanek 10. Michałowska i Wojtyła wzbudzili podziw, nie szczędził słów zachwytu sam Osterwa.

Osterwa powiedział wówczas, że chce wiązać z nimi nadzieję na przyszłość już w teatrze oficjalnym, w odrodzonej Polsce. Nie były to słowa wypowiedziane bez pokrycia. Jak wiadomo Polska była jedynym krajem spośród państw dotkniętych najokrutniejszą z okupacji, która posiadała własne władze podziemne. I były wyznaczone osoby, była delegatura rządu na kraj oraz wyznaczone osoby, które miały objąć konkretne stanowiska po zakończeniu wojny. Właśnie Osterwa miał być po wojnie dyrektorem krakowskiego teatru.

Byli wciąż pod fachową opieką Tadeusza Kudlińskiego, korzystali też wiele z pomocy Juliusza Osterwy. Ten w 1940 r. pracował m.in. nad przekładem „Hamleta”, zapewne dostrzegając bliżej zdolności lingwistyczne Karola Wojtyły oraz jego umiejętności translatorskie, zainicjował dokonanie przez Wojtyłę „osterwiańskiej” rewizji „Króla Edypa” na język przystępny. Nie zachował się ten przekład „Edypa”, dokonany przez Wojtyłę, ani jakiekolwiek ślady zmagania się tłumacza z tekstem. Karol Wojtyła, wspierany przez Halinę Królikiewicz coraz częściej w rozmowach z Tadeuszem Kudlińskim podpowiadał, że dla tak zorganizowanego zespołu potrzebny jest człowiek, który zdoła więcej czasu poświęcić prowadzonemu konspiracyjnie teatrowi. Kudlińskiemu coraz trudniej było podołać wymogom ambitnego zespołu, zwłaszcza że pracował zawodowo, z kolei w Wadowicach zagrożony był aresztowaniem Mieczysław Kotlarczyk. O jego przyjeździe do Krakowa i zajęciem się zespołem marzył Karol Wojtyła. Podnosiła zasługi i zaangażowanie w Wadowicach Kotlarczyka, także Halina Królikiewicz.

 

Teatr Rapsodyczny

Latem 1941 roku udało się Mieczysławowi Kotlarczykowi przybyć wraz żoną, Zofią, do Krakowa. Dzięki pomocy konspiracyjnej organizacji „Unia” otrzymał dr Kotlarczyk posadę konduktora tramwajowego w Krakowie i zajął się zespołem, który przejął od Tadeusza Kudlińskiego. Nie był to koniec współpracy z Osterwą, bo on ciągle będzie w tym teatrze i będzie prowadził rozmowy z Kotlarczykiem. Co więcej, obaj panowie znali się i cenili. Ale wśród dwóch wielkich osobowości zwycięży w tym względzie osobowość Kotlarczyka i wizja Teatru Naszego, zwanego później Rapsodycznym. Będzie ona wizją w większej mierze doświadczonego człowieka teatru, choć osobiście uważam, że wizja Teatru Rapsodycznego w swoich zasadniczych założeniach była wizją dwóch ludzi: starszego od Wojtyły o 12 lat Kotlarczyka, świetnie przygotowanego doktora filologii polskiej i młodszego Karola Wojtyła, który studiów polonistycznych nie zdążył ukończyć, bo przerwała je wojna, ale dużo wiedzy zgłębił indywidualnie w tym zakresie i miał niemałe przecież doświadczenie sceniczne. I myślę, że Kotlarczyk właśnie z opiniami Karola Wojtyły bardzo się liczył. To widać było nawet wtedy, kiedy rozpoczynali działalność, kiedy on spotykał się z zespołem, z którego wybrał tylko piątkę, właściwie czwórkę (bo on będzie tym piątym), dopiero do ostatniego spektaklu doproszą z konieczności dwie osoby. Natomiast on zaufał Wojtyle, prosząc go o wskazanie, kto ostatecznie ma do zespołu wejść i kto ma jaką rolę pełnić.
Słowa pani Bojarskiej, która o Teatrze Rapsodycznym powiedziała – że jest to teatr wnętrza – może bardzo proste, może wydawałoby się lakoniczne i banalne, nie były banalne. To problem niesionej idei, słowo jest bowiem nośnikiem idei. Podstawą Teatru Rapsodycznego było słowo sceniczne. Przy ogromnie ważnej gestyce i bardzo ważnej muzyce. Te trzy komponenty tworzyły ten teatr. Teatr, który był tworzony dość sterylnie jak na warunki teatralne. Słowo rapsodyczne to słowo naturalne. Ono czasem stawało się słowem obarczonym patosem, ale patos miał charakter bardzo ograniczony. To mierzenie się znaczeniowe z właściwie takim gatunkiem myślowym: aktor niesie idee słowa.

Po jednym ze spektakli „Króla Ducha” Osterwa powiedział: „Zapowiada się niezwyczajny aktor”. To nie były słowa wypowiedziane pod wpływem nastroju chwili. Osterwa doskonale czuł, że ma przed sobą człowieka niezwykłego. Aktorstwo jest pojęciem szerokim. Można je różnie określać, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy aktorami. Nie chciałbym niczego trywializować, ale umiejętności Karola Wojtyły w tym względzie, razem z głęboką myślą i charyzmatem oraz autentyzmem myśli, otwarły przed nim serca milionów ludzi.

 

Pierwsze wydanie poezji młodzieńczych Karola Wojtyły

Powiedział mi kiedyś, w 1994 roku, Tadeusz Malak, że zna wiersze młodzieńcze Karola Wojtyły, które przekazała mu w maszynopisie Zofia Kotlarczykowa. Powiedziała mu, że ich rękopisy ma u siebie, bowiem Karol Wojtyła przesłał je Kotlarczykom mieszkającym wtedy w Wadowicach, jeszcze jesienią 1939 roku. Te teksty, poza hymnem „Magnificat” nie były nigdzie publikowane. Wiersze te były dołączone do listu. Spróbował mnie Malak zainteresować tymi listami, wiedział dobrze, że mam dość bliskie relacje z rodziną Kotlarczyków, poprzez kontakty z Januszem Kotlarczykiem, czyli bratankiem Mieczysława. Malak zachęcał mnie, abym najlepiej sięgnął do oryginałów czyli rękopisów, bo nie wiadomo jak są one przepisane. Umówiłem się z panią Anielą Pakosiewicz, córką Zofii i Mieczysława odwiedziłem ją, pokazała mi te teksty. Ale jednocześnie powiedziała, że po przykrych doświadczeniach, jakie mieli z tymi listami, nikomu ich nie udostępnia. Ale ponieważ znaliśmy się na tyle dobrze, że miała poczucie, że nie nadużyję jej intencji, zapytała mnie jednocześnie, czy mam uzasadnione nadziej, że Ojciec Święty wyrazi zgodę na ich publikacją. Ponieważ ks. kardynał Franciszek Macharski dawał mi, jako biskup krakowski i opiekun spuścizny pisarskiej Jana Pawła II, wstępne przyzwolenie w tym względzie, pani Aniela zawierzyła moim słowom. Reszta uzależniona była od decyzji Jana Pawła II. Dokonaliśmy kserowania tych rękopisów w trzech egzemplarzach: dla Ojca Świętego, dla pani Anieli Pakosiewicz i dla mnie – dla ewentualnych potrzeb wydawniczych. Ksiądz kardynał Franciszek Macharski był uprzejmy osobiście wkrótce przekazać je Ojcu Świętemu oraz oparte na nich maszynopisy tych młodzieńczych liryków nigdy wcześniej nie publikowanych wraz z tekstem Zofii Kotlarczykowej „Wiosna przyniosła mi te myśli” z 1983 roku. Do tych tekstów dołączony został i mój list, skierowany do Ojca Świętego, zawierający m.in. informacje dotyczące okoliczności odnalezienia tych tekstów, z nieśmiałą nadzieją na przyzwolenie Autora. List ks. Prałata Stanisława Dziwisza, sekretarza osobistego Jego Świątobliwości z 14 lutego 1994 roku taką nadzieję przybliżał, ale nie była to jeszcze zgoda na wydanie tych tekstów. Uzyskałem ją w kilka miesięcy później, gdy na zaproszenie Stolicy Apostolskiej udałem się do Wiecznego Miasta. Podróż odbyłem z ks. Andrzejem Józefem Nowobilskim. Zostałem zaproszony do Pałacu Apostolskiego, najpierw na mszę świętą do kaplicy papieskiej, a potem zostałem przyjęty przez Ojca Świętego w obecności ks. prałata Stanisława Dziwisza i ks. Józefa Andrzeja Nowobilskiego. Spotkanie było długie. Ojciec Święty oczywiście już był po lekturze tych tekstów i potwierdził, że to są jego teksty. Przeglądając raz jeszcze w naszej obecności te utwory, zatrzymał się dłużej przy hymnie „Magnificat” (jedynym wcześniej opublikowanym) i stwierdził, że miał dotąd wątpliwości, czy „Magnificat” jest jego autorstwa. Ale kiedy zobaczył, że w 1939 roku on wysłał te teksty własnoręcznie pisane do oceny Mieczysławowi Kotlarczykowi, utwierdził się w przeświadczeniu, że wszystkie te utwory są jego autorstwa. Te słowa były ogromne ważne ze względu na to, że papież oto potwierdził autorstwo swoich młodzieńczych liryków. Otrzymałem zgodę Ojca Świętego na opublikowanie tych tekstów, dlatego też je uznaję za wersję ostateczną, zaakceptowaną i potwierdzoną przez Autora. Kiedy uzyskałem zgodę na opublikowanie tych wierszy, ogarnęła mnie radość, ale też ośmieliłem się poszerzyć swoją prośbę. Mając mianowicie teksty, rękopisy, niepublikowane dotąd nigdy, odważyłem się zapytać: „Ojcze Święty, a może byśmy podali z jednej strony tekst drukowany, a z drugiej faksymile rękopisu?”. Papież po chwili namysłu stwierdził: „nigdy nie wyrażałem takiej zgody”. Jan Paweł II po chwili spojrzał na mnie, przyglądał się jeszcze tym tekstom i rzekł: „dobrze, zgadzam się, może od czegoś trzeba zacząć”. W ten sposób powstało jedyne w swoim rodzaju wydawnictwo, w którym obok tekstu drukowanego był młodzieńczy tekst pisany ręką Karola Wojtyły. Przyniosłem na tę audiencję przygotowane także fotografie świątków Jędrzeja Wowry z Muzeum Etnograficznego, które pokazałem Ojcu Świętemu. Papież spojrzał na fotografie tych rzeźb i bezbłędnie powiedział: „świątki Wowra, poznaję, są bardzo charakterystyczne”. Zapytałem, czy mogą być zamieszczone w tym tomiku. Wyraził zgodę. Padło jeszcze jedno pytanie z mojej strony, już bardziej prywatne. Nie pokazałem tych tekstów nikomu, ale skądś, zapewne od Tadeusza Malaka dowiedział się wuj mojej żony Juliusz Łuciuk, znany krakowski kompozytor o moich nieśmiałych zabiegach związanych z wydaniem papieskich juweniliów i stwierdził, że jego pragnieniem byłoby skomponowanie muzyki do któregoś z sonetów. Oczywiście mogłem to zrobić dopiero po uzyskaniu zgody Autora. Dzięki przyzwoleniu Ojca Świętego pracowaliśmy już równolegle – ja nad wydaniem, Łuciuk nad komponowaniem muzyki do „Sonetu XV”.

Ośmielony życzliwością Jana Pawła II w tym względzie, zwróciłem się z zapytaniem, czy w przypadku natrafienia na pozostałe utwory z młodzieńczego tomiku „Psałterz. Księga Słowiańska”, przez Autora tytułowanego zamiennie „Renesansowym psałterzem”, mogę liczyć na zgodę w kwestii wydania całego tomiku, o którym Autor pisał do Kotlarczyka w liście z 14 listopada 1939 roku. Ojciec Święty wyraził wątpliwość, czy te pozostałe teksty gdzieś się zachowały. Papież najwyraźniej nie śledził efektów poczynań w tych sprawach, a o juweniliach wręcz nie pamiętał. Zresztą w odniesieniu do nich był w swoich ocenach surowy i wymagający.

Najwcześniej, w 1995 roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego we współdziałaniu z Libreria Editrice Vaticana, ukazał się tomik „Sonety. Magnificat” z zamieszczonym w nim tekstem Zofii Kotlarczykowej „Wiosna przyniosła mi te myśli” i posłowiem pióra Stanisława Dziedzica, w roku następnym – cały już tomik „Psałterz. Księga Słowiańska” z posłowiem „Pieśniany władyka” Stanisława Dziedzica, wydany przez Oficynę Cracovia, wspieraną z woli Autora przez Archiwum Archidiecezjalne w Krakowie, a 19 marca 1996 roku w Sali Klementyńskiej Pałacu Apostolskiego odbyło się, w obecności Jana Pawła II, prawykonanie „Sonetu Słowiańskiego” Karola Wojtyły, skomponowanego przez Juliusza Łuciuka. Ten monumentalny utwór skomponowany na chór i orkiestrę wykonali Chór Mariański z Krakowa, pod kierownictwem Jana Rybarskiego, Orkiestra Huty im. Sendzimira pod kierunkiem Marka Zajfryda oraz soliści Capellae Cracoviensis.

 

Oprac. Marta Burghardt


Publikacja towarzysząca wystawie realizowanej w ramach projektu pt. „5 scen kulturowych Małopolski Karola Wojtyły - Jana Pawła II” - projekt współfinansowany w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Małopolskiego na lata 2014-2020”, Oś 6: Dziedzictwo regionalne, Poddziałanie 6.1.3 Rozwój instytucji kultury oraz udostępnianie dziedzictwa kulturowego.

EFRR kolor 300dpi