Pierwszą i podstawową komórką ekologii ludzkiej jest rodzina, w której człowiek otrzymuje pierwsze i decydujące wyobrażenia związane z prawdą i dobrem, uczy się, co znaczy kochać i być kochanym, a więc co konkretnie znaczy by osobą.

Jan Paweł II

„Teatr, człowiek, literatura: z kamyczków emocji - rozmowa z Marcinem Kobierskim - aktorem, autorem i reżyserem religijnych sztuk realizowanych z i dla młodzieży, kleryków, katechetów, o Jego pracy, o tym, co w życiu ważne, o poszukiwaniu Boga, życiowych autorytetów, o pięknych wzorcach współczesnych świętych. Kolejny wywiad Dominiki Jamrozy z cyklu „Rozmowy Sceny Papieskiej”.


Dominika Jamrozy: Pretekstem naszego spotkania jest obejrzane przeze mnie w okresie Wielkiego Postu misterium zatytułowane „Dobry Pasterz oddaje życie za owce”. Zrealizował je Pan na krakowskiej Scenie Salezjańskiej. Wiem, że to kolejne przedstawienie, którego podjął się Pan, właśnie w tym miejscu.

Marcin Kobierski: Tak, u Salezjanów pracuję już siódmy rok. Do tej pory przygotowałem z nimi kilka spektakli, m.in. „Jacques’a Fesch’a - świętego czy bandytę”, „Kłamstwo”, „Jeszcze tej nocy”, „Jasne światło”, „WNM”, „Sztukę”, „Zmianę”, „Pogodynkę”.

DJ: Jak powstają?

MK: Z każdym rocznikiem pracuję trzy lata, w ramach zajęć w seminarium. Działamy bez przymusu, na zasadzie dobrowolności. Gdybym wyczuł, że ktoś traktuje to wyłącznie jako obowiązek, to bym z tej pracy zrezygnował.

DJ: I stąd być może wynika komfort działań z zaangażowanymi aktorami-amatorami, którzy ufają profesjonaliście. To również odpowiedzialność. Jestem pod wrażeniem Pana ostatniej pracy. Temat spektaklu - idea Bożego Miłosierdzia, interpretacja postaci Judasza, podawanie przez aktorów słowa, ciekawe rozwiązania scenograficzne, przemyślana obsada „po tzw. warunkach” to atuty tego przedstawienia. Domyślam się, że Państwa wspólna droga musiała była ważna, także poprzez proces „otwierania się” aktorów-kleryków. W pracy artystycznej - od finalnego efektu - zawsze cenniejszy jest proces twórczy.

MK: Podzielam Pani opinię. To ważne doświadczenie przydaje im się później w pracy duszpasterskiej.

DJ: Taka działalność jest również kontynuacją wspaniałej tradycji edukacyjnej szkół, m.in. jezuickich, pijarskich i wielu innych, zapoczątkowanej przed wiekami. Młodzi ludzie uczyli się wówczas zasad wymowy, retoryki i oratorstwa, wystąpień publicznych. Z przykrością stwierdzam i widzę tego efekty, że dziś odwołują się do niej tylko odpowiednio wykształceni pedagodzy, pasjonaci. Poruszę przy tej okazji jeszcze inny wątek, o którym się często zapomina. Teatr, w naszej europejskiej tradycji, odrodził się w średniowieczu, w kościołach, by potem już w postaci rozbudowanych misteriów opuścić mury świątyń. Z rytuału wyrósł wcześniej teatr antyczny. Sacrum w sztuce warunkuje jej wartość i jakość.

MK: Zapamiętałem zdanie, które wypowiedział kiedyś Bogusław Linda, że teatr to swego rodzaju świecka msza…

DJ: … coś w tym jest. Cieszę się, że mogliśmy zobaczyć – wydaje mi się, że nie do końca w Polsce wykorzystany – jego aktorski potencjał w „Powidokach” Andrzeja Wajdy. Wróćmy do Pana pracy u salezjanów. Zastosował Pan ciekawy zabieg już na płaszczyźnie scenariusza, poprzez dwutorowe poprowadzenie fabuły: z jednej strony widzimy ostatnie dni życia Chrystusa, a z drugiej – jesteśmy świadkami przemiany, jaka dokonuje się na naszych oczach w młodym aktorze-celebrycie.

MK: Od lat, kiedy pracuję nad misteriami, nie szukam rekonstrukcji….

DJ: … to znajdziemy w pięknym „Misterium Męki Pańskiej”, w czasie Triduum Paschalnego w Kalwarii Zebrzydowskiej…

MK: Dokładnie. Ja szukam zawsze aktualizacji, „zderzam” cierpienie Jezusa z dotykającym nas współczesnych tematem, by spojrzeć na Mękę Pańską na nowo. W tamtym roku głównymi bohaterami byli prześladowani za wiarę, ci, którzy dziś przeżywają swoją drogę krzyżową. Wcześniej - męczennicy salezjańscy, czyli poznańska piątka, a innym razem motywem przewodnim była Eucharystia. Znalazłem u mojej babci, w jej książeczce rozważania łączące pasję ze znakami wpisanymi we mszę świętą, np. ksiądz zmierza w stronę ołtarza, Pan Jezus - na modlitwę do Ogrójca; ksiądz podnosi Hostię – żołnierze podnoszą Pana Jezusa na krzyżu. Zbudowaliśmy na tym całe misterium. W tym roku chciałem zrobić misterium o dobrym łotrze. Zależało mi bardzo, by miłosierdzie Boże było w tej sztuce królujące. Zastanawiałem się, jakby dziś wyglądał współczesny dobry łotr. Sięgnąłem do mojego środowiska. Spróbowałem znaleźć taki pierwowzór, inspirację.

DJ: Muszę powiedzieć, że owe współczesne interludia są znakomite, są świetnym kontrapunktem, „podbijają” sensy scen poprzedzających, są wprowadzeniem do kolejnych.

MK: Dziękuję. Mocno „siedziała we mnie” historia aktora, który zagrał Barabasza w „Pasji” w reżyserii Mela Gibsona, myślę o Pietro Sarubbim. Wcześniej - sam o tym mówił - prowadził hulaszcze życie, które zmieniło się pod wpływem „spojrzenia Chrystusa”. Napisał książkę „Od Barabasza do Jezusa. Nawrócony jednym spojrzeniem”.

DJ: Znam ją, piękne świadectwo. Film „Pasja” oparty został w głównej mierze na zapisach wizji błogosławionej Katarzyny Emmerlich. Dzięki Niej uświadomiłam sobie czym była modlitwa Chrystusa w ogrojcu. Droga krzyżowa była ogromnym cierpieniem fizycznym, modlitwa w ogrojcu – męczarnią duchową. Chrystus zobaczył wtedy grzechy przeszłe i przyszłe. Zrozumiał, że musi swoje ziemskie życie poświęcić, z miłości do człowieka.

MK: Tak, ten opis także mnie porusza. Ta modlitwa była chyba najtrudniejszym momentem, trudniejszym, niż męka i śmierć na krzyżu. I to podjęcie decyzji. My chyba też „tak mamy”, jak już powiemy „bądź wola Twoja”, to potrafimy bardzo wiele przyjąć.

DJ: To prawda. Wróćmy jeszcze na moment do Pana pracy. Zanim trafił Pan do Salezjanów pracował Pan wcześniej z dziećmi, z młodzieżą, z osobami uczącymi się w różnych małopolskich miejscowościach.

MK: Tak, od lat działam z kilkoma grupami. Pracuję z nimi na scenariuszach, które dla nich piszę. W Myślenicach z grupą „Misterium” zrealizowałam także „Jeden dzień”, „Szansę”, „Leśną konwalię”, „Zmartwychpowstanie”, w Nowym Targu z „Teatrem Sporadycznym” – „Wizytę”, „A tu w piątek koniec świata”, „Wyjście”. U Salezjanów działam z grupą „Teatrum Terraris” oraz z seminarzystami. A trafiłem tu dzięki klerykowi, którego wcześniej spotkałem w Trzebini. Pracowaliśmy wtedy nad spektaklem o Jaqu’u Feschu, młodym człowieku, którego stracono w 1957 roku. Zabił w napadzie na kantor policjanta. W swojej celi, w oczekiwaniu na wyrok, przeżył nawrócenie. Napisał pamiętnik „Za pięć godzin zobaczę Jezusa”. Kilka lat temu rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny.

DJ: Historia nie tak bardzo nam odległa. A w Trzebini znalazł się Pan …

MK: … dzięki zaprzyjaźnionemu księdzu. Działam tam od dziesięciu lat. W Chrzanowie realizuję również projekt „Seniorzy i Liceum”.

DJ: Jak Pan to wszystko łączy? W czasie naszej rozmowy nie podjęliśmy jeszcze kwestii prób i spektakli w Teatrze Bagatela.

MK: Działam według wypracowanego od lat systemu. Z każdą grupą pracuję raz w roku po trzy miesiące. Nie podejmuję się wtedy innej współpracy, bo byłbym nieodpowiedzialny. Te grupy to moja rodzina. Tworzymy wspólnotę, te spotkania są dla mnie wypoczynkiem, nie pracą.

DJ: Wiem, że kiedy pisze Pan swoje scenariusze, izoluje się od świata zewnętrznego i wyjeżdża do benedyktynów, do Biskupowa, koło Nysy.

MK: Tam odczuwam największą harmonię w życiu. Z nimi się modlę, z nimi pracuję, a w czasie odpoczynku piszę. Podoba mi się ten rytm pracy. Bardzo lubię pisać w nowej przestrzeni. Jak wyjeżdżam, to mój umysł się bardziej otwiera. To pisanie wzięło się trochę z konieczności. Grupy, z którymi pracuję prosiły o pomoc, podpórkę.

DJ: Czy wydał je Pan?

MK: Nie. Jak piszę to wiem, co chcę pokazać na scenie, dopowiadam wiele kwestii na próbach. Scenariusze odczytane wprost mogą być bardzo „płaskie”.

DJ: Domyślam się, że nie pisze Pan dramatów, z bogatą warstwą przypisów i didaskaliów, ale to ważna praca.

MK: Od piętnastu lat w Kurii Krakowskiej realizuję warsztaty z katechetami. Przy tej okazji przekazuję im np. półgodzinny scenariusz jasełek, misterium czy bajki. Omawiam z nimi swoją propozycję. Nie podpisuję tych rzeczy.

DJ: Twórczość „ad gloriam Dei”! Czy Pańskie scenariusze są czystymi gatunkowo, klasycznymi misteriami czy moralitetami? Czy przyjmują formę mieszaną?

MK: To zależy od punktu wyjścia. Czasami głównymi bohaterami są osoby, przykładowo Chiara Badano czy Jaques Fesch. Bywa, że głównym tematem jest grzech, np. kłamstwo. W czasie pisania jednego ze scenariuszy zapragnąłem odnowić moją przyjaźń z Aniołem Stróżem. Czasami Pan Bóg jest w nich ukryty, a czasami mówimy o Nim wprost. Modlę się, by Duch Święty wspierał mnie w tej pracy.

DJ: Odkrywanie współczesnych świętych właśnie poprzez takie formy jest dziś bardzo potrzebne. Znamy całkiem dobrze biografie wyniesionych na ołtarze, żyjących sto lat czy wiele wieków wcześniej, a nie zdajemy sobie sprawy, że obok nas, całkiem niedawno żyli niezwykli ludzie, błogosławieni i święci. Dziś to ważny temat dla księży, katechetów, którzy także dzięki Pana pracy go podejmują. Młodym ludziom takie wzory są potrzebne. To przestrzeń, którą warto eksplorować.

MK: Jak odkryłem historię Chiary Badano, to zrobiłem spektakl o niej, o jej wrażliwości. Było to przedstawienie, przeplatane również radosnymi wątkami, bez głębokich analiz teologicznych. Oparłem je na jednym zdaniu: „Masz jedno życie, postaraj się je dobrze przeżyć”. Jakiś czas temu jeden z księży zwrócił się do mnie z prośbą o możliwość wystawienia tego scenariusza. Wyraziłem zgodę. Po roku zadzwonił do mnie i opowiedział niesamowitą historię. Po wystawieniu tego spektaklu pojechał z młodzieżą do Włoch, do Sasello. Odwiedzili grób Klary. W pewnym momencie podeszła do nich starsza pani, Włoszka i zapytała skąd przybyli. Młodzi od razu w Internecie sprawdzili, że ta Pani to mama Klary. Powiedzieli owej Pani, że w Polsce wystawili spektakl o jej córce. Zostali zaproszeni do domu Klary, mogli zobaczyć pokój, w którym mieszkała, łóżko, na którym umierała. Zadali tej Pani wiele pytań. Wrócili szczęśliwi i odmienieni.

DJ: Piękna i wzruszająca historia. Dzieło zaowocowało. Dziś do młodych ludzi, tak trzeba właśnie „docierać”, a wiem to prowadząc z nimi również spotkania/warsztaty, próbując uświadomić im, że Karol Wojtyła – Jan Paweł II to nie postać historyczna, tak im odległa, że był człowiekiem z krwi i kości, takim samym jak oni, że stawiał sobie wysoko życiową poprzeczkę, bo warto! bo - jak mawia Pani Profesor Wanda Półtawska – Jej, Jego pokolenie żyło „od przepony w górę”. Muszę zapytać o Pana wspomnienia związane z Janem Pawłem II.

MK: Byłem dzieckiem, w 1983 roku miałem siedem lat. Jan Paweł II przyjechał do mojej parafii w Mistrzejowicach i konsekrował nasz kościół. Bardzo to przeżywałem. Z Ojcem Świętym wiąże się pośrednio inna historia. W krakowskiej PWST miałem zajęcia z panią prof. Danutą Michałowską. Wielokrotnie nam o Nim opowiadała.

DJ: Uczyła Pana wiersza, to się słyszy.

MK: Dziękuję. Uczyła nasz rocznik wiersza na pierwszym i drugim roku. Bardzo sobie te zajęcia ceniłem. To była klasyczna nauka mówienia poezji. Dziś szuka się sposobików, mówi się, że prawda ważniejsza jest niż warsztat. Ona mnie odkryła.

DJ: To znakomita szkoła, wspaniała tradycja docierania do sensów. Nauka interpretacji poezji, nie poprzez narzucony młodym ludziom klucz.

MK: Wiem o czym Pani mówi. Pani Michałowska zrobiła z nami program poetycki na bazie poezji Stanisława Wyspiańskiego, w stylu teatru rapsodycznego. Bazowała na programie, który wystawiali w czasie okupacji.

DJ: W maju 1942 roku przygotowali program zatytułowany „Godzina Wyspiańskiego”. Rapsodycy do twórczości Wyspiańskiego wielokrotnie powracali również po II wojnie światowej.

MK: Wystawiliśmy ten program w Muzeum Wyspiańskiego, a potem nagraliśmy go w Radiu Kraków. Wiem, że Pani profesor to nagranie przesłała do Ojca Świętego do Watykanu. Myślę, że nie tylko ja, ale wszyscy aktorzy poczuliśmy się wtedy wyróżnieni.

DJ: Nie będę oryginalna, ale muszę zapytać Pana Marcina Kobierskiego o jego ulubioną rolę, spektakl prezentowany na krakowskich scenach. To przecież bardzo ważna część Pańskiego artystycznego życia. Pamiętam postać, którą zagrał Pan w pięknym i mądrym spektaklu „Aj waj…” z Grupą Rafała Kmity na Scenie Teatru STU.

MK: „Aj waja…” uwielbiałem i muzycznie, i w warstwie tekstowej. Z tym spektaklem w pewien sposób wiąże się osoba Jana Pawła II. W sobotni wieczór, 2 kwietnia 2005 roku, w czasie próby generalnej, dowiedzieliśmy się o tym, że umarł. Nie zapomnę naszego smutku. Wyszedłem z teatru, powoli zmierzałem ul. Zwierzyniecką, w kierunku ul. Franciszkańskiej. Zaczął bić „Zygmunt”. Premierę odwołaliśmy. Odbyła się w stosownym czasie, sporo później, była odchodzeniem Jana Pawła II naznaczona. „Aj waj” był spektaklem zabawnym, ale nie szydzącym. Kiedyś przyszedł na niego krytyk z izraelskiej gazety, który potem w swojej recenzji napisał, że to przedstawienie celnie pokazuje żydowskie przywary, ale z nich nie kpi. Trzy razy byłem w Ziemi Świętej. Tam odnajduję i chrześcijaństwo, i kulturę żydowską. Bardzo lubię w teatrze to, co jest śmieszne, a zarazem wzruszające i mądre.

DJ: Taki też jest „Skrzypek na dachu”, jeden z moich ulubionych musicali, prezentowany od lat na deskach krakowskiej Bagateli z Pana rolą krawca Motla.

MK: Też go bardzo lubię i tę postać.

DJ: Ba, świetna kreacja. Myślę, że w naszej rodzimej dramaturgii przydałyby się takie właśnie formy, które z dystansem pochyliłby się nad naszymi przywarami, tak nas przygniatającymi. Tak mało wokół nas Gałczyńskich, Gombrowiczów, Mrożków. Absurd i groteska mają swoją moc. A dziś, kiedy pseudonowoczesność sączona jest nam w bardzo inteligentny sposób, nie radzimy sobie sami z sobą. A do tego bezrefleksyjnie podlegamy modom, trendom, zasłaniając tym prawdopodobnie nasze niczym nie uzasadnione kompleksy. Jakże w tym wszystkim jesteśmy przewidywalni. Kolejnym pytaniem chciałabym spróbować nieco odczarować rzeczywistość. Ukłuło się, że środowisko aktorskie - mówiąc kolokwialnie - jest „z kościołem na bakier”. A moim zdaniem to ogromne uogólnienie. Proszę o opinię człowieka, który dał wielokrotnie świadectwo wiary.

MK: Spotkałem bardzo różne postawy ludzi, o odmiennej wrażliwości. To jest stosunkowo małe środowisko i pewno bardzo zbliżone, np. do środowiska lekarzy, nauczycieli itp. I chyba muszę Panią zasmucić, ale najczęściej spotykam się z taką postawą: „Pan Bóg tak, ale Kościół – nie”. Dla mnie najsmutniejsze jest to, że wiele osób bazuje na obrazie kościoła „starego, grożącego palcem”, że ten nowy kościół, kościół charyzmatyczny jest im zupełnie obcy. Niedawno rozmawiałem z kolegą, który narzekał na księży, sztampowymi przykładami mnie zasypywał. Odpowiedziałem: „Czy przez to, że znasz kilku fatalnych aktorów, powinieneś przestać wierzyć w teatr? Chyba nie! Jeśli chcesz zobaczyć dobre przedstawienie, to go poszukujesz, wybierasz. Jeśli nie podoba Ci się ten czy inny ksiądz, to gwarantuję Ci, że w innym kościele spotkasz takiego, który Cię zachwyci, zbliży Cię do Pana Boga”. Ale muszę Pani również powiedzieć rzecz ważną, że nigdy nie odczułem nawet najmniejszej przykrości z faktu, że jestem człowiekiem wierzącym. Kiedyś miałem w sobie sporo obaw, ale to było bezzasadne. Jeśli siebie akceptujemy jako znajomi, jako współpracownicy, to nasze wyznanie nie powinno nam przeszkadzać. Urocze są sytuacje, np. kiedy wypada mi przez przypadek różaniec z kieszeni, a kolega - zdeklarowany ateista - podnosi go i mówi: „Kobieś, różaniec Ci wypadł”. Albo, nagle mnie ktoś pyta o spowiedź, gdzie i do kogo pójść.

DJ: Jasne, a którego kapłana dziś w Krakowie, w środowisku teatralnym, wśród 40-50-latków się słucha?

MK: Teraz takim ojcem duchowym jest dominikanin, ojciec Adam Szustak. Wielu odkrywa z nim na nowo świat wiary.

DJ: Formuła, którą proponuje ojciec Szustak jest bardzo atrakcyjna. Wiem, że rozchwytywane są jego książki. Świetnie się je czyta, sama ulegam ich urokowi, jeżeli w ogóle mogę użyć takiego słowa. To ważne i potrzebne dzieło. Podzielę się jednak z Panem moją bardzo osobistą obserwacją: dziś we współczesnym świecie, w którym mamy tyle wariantów tzw. wygodnego życia, ładnie zapakowanych produktów i projektów, brakuje nam pogłębionej, duchowej perspektywy. Jest dziś deficytowa. Świat sztuki to przecież tajemnica. Dialog z artystami rozpoczął w XX wieku Paweł VI, nawiązując tym samym, do wspaniałej tradycji papiestwa z XVI wieku. Te więzy realnie zacieśnił Jan Paweł II, a ojciec święty Benedykt XVI – miłośnik muzyki, starał się tę otwartą postawę kontynuować. Papież Franciszek rok temu podczas spotkania z przedstawicielami „Diakonii Piękna” zwrócił się do artystów, by pomagali mu głosić piękno transcendencji za pomocą języka sztuki. Słyszę w tym echa „Listu do Artystów” przed czterdziestoma laty sformułowanego przez Jana Pawła II.

MK: … echa pięknego i ważnego tekstu. Rozmawiam z Panią i tak sobie myślę, że całe nasze życie i to prywatne, i zawodowe jest w jakimś stopniu zawsze dawaniem świadectwa, zaangażowaniem. Dzisiaj w świecie sztuki, ale nie tylko tam, buduje się opinie na bazie tego, co się przeczyta i usłyszy w mediach. Czasem mam takie wrażenie, że wielu wymaga od Kościoła, od chrześcijan, także artystów tzw. chrześcijańskich - idealności. Wiem, że ludzie niewierzący tak myślą. Sądzę, że w tym wszystkim trzeba być wiernym Panu Bogu i sobie.

DJ: To wynika z Pana światopoglądu, życiowej filozofii. A propos filozofię Pan chwilę studiował, wygrało aktorstwo.

MK: Zawsze chciałem być aktorem. Ukończyłem liceum artystyczno-teatralne. O tym, że chcę być aktorem wiedziałem stosunkowo wcześnie. W klasie maturalnej w ramach Oazy przygotowywaliśmy spektakl o św. Maksymilianie. Grałem tę postać. Potrzebowałem habitu i pożyczyłem go od franciszkanów konwentualnych. Zaprzyjaźniłem się z Nimi. Zaraz po maturze poszedłem do nowicjatu i byłem tam … tydzień.

DJ: Bardzo długo!

MK: Prawda?! Wtedy zrozumiałem, że jednak moim powołaniem jest teatr. By nie pójść do wojska, rozpocząłem studia filozoficzne.

DJ: Ów filozoficzny ryt wpisany jest w pańskie scenariusze. Filozofia uczy nieustannego stawiania pytań, postawy zadziwienia nad światem. A propos franciszkanów – wydaje mi się, że owa franciszkańska filozofia w Panu jest, w Pańskiej postawie.

MK: Dziękuję. Czerpię z ich sposobu myślenia. Muszę Pani powiedzieć, że ten moment, w którym zostawiłem braci franciszkanów był bardzo oczyszczający. To było ważne doświadczenie. Kiedy zdawałem do Szkoły Teatralnej to już wiedziałem, że nie potrafię zrezygnować z aktorstwa. Ono daje mi wiele frajdy, jest moim sposobem na życie, rodzajem terapii, przełamywania siebie. W teatrze lubię zmienność. Z gruntu rzeczy jestem bardzo nieśmiałym człowiekiem. Często to maskuję. Musi dużo czasu upłynąć, żebym poczuł się w towarzystwie drugiej osoby bezpiecznie, a teatr jest dla mnie takim sposobem pokonywania siebie, wejścia w inny świat, zadawania pytań. W teatrze mogę poczuć się pięknie i bezpiecznie. Dobrze mi w tym świecie. To rozgryzanie postaci, dyskusje, które są zawsze wokół, to wszystko mnie intryguje. I muszę Pani powiedzieć, że bywało tak, że np. spektakl nie był dobrze przyjęty, ale praca nad nim dawała mi ogrom satysfakcji, a czasem nasze przedstawienie było sukcesem, ale jego realizacja była moją „drogą przez mękę”.

DJ: Przez prawie dwie dekady w zawodzie ma Pan w swoi dorobku, wiele ról, wiele tytułów. Który z reżyserów dał Panu najwięcej?

MK: Nie mogę wymienić jednego nazwiska. W szkole teatralnej zetknąłem się z Krystianem Lupą. Świat i to, w jaki sposób go budował, było dla mnie cennym doświadczeniem. On mnie - aktora z „komediowymi” warunkami - obsadził w roli alkoholika, człowieka, który staczał się i w ostatecznym rozrachunku był postacią tragiczną. W Teatrze Bagatela współpracowałem kilkakrotnie z Andrzejem Majczakiem. Z kolei on, mimo że nie lubiłem monologów, zawsze obsadzał mnie w takich rolach. Cenię sobie pracę z Małgorzatą Bogajewską, obecnie dyrektorką Teatru Ludowego. Ona też jako jedna z niewielu reżyserów obsadzała mnie wbrew moim warunkom.

DJ: Jak pracuje nad rolą Marcin Kobierski?

MK: Bardzo różnie. To zależy do roli, od scenariusza, także od oczekiwań reżysera. Bardzo lubię inspirować się filmami, muzyką. Jak uczę się tekstu sztuki, to emocji szukam w muzyce. Buduję postać z „kamyczków emocji”, szukam ich w sobie.

DJ: Gdzieś przeczytałam, że gdyby Pan Marcin Kobierski nie został aktorem, to zostałby księgarzem…

MK: … ponieważ bardzo lubię towarzystwo książek.

DJ: Proponuję zawód bibliotekarza w bibliotece idealnej, opisanej przez Umberto Eco.

MK: O tak, bibliotekarzem mógłbym zostać. Pociąga mnie spokój jaki tej pracy towarzyszy, możliwość kontaktu z czytelnikami, którzy tak jak ja, czuli by tę wyjątkową więź. Kocham zapach książek, kontakt z nimi. Niestety lubię się nad książkami „znęcać”, zakreślać, zaginać strony.

DJ: Oj, nieładnie! Na mnie również nie zarobią producenci elektronicznych czytników książek. A tytuły, do których Pan powraca to …

MK: Trzy razy przeczytałem „Idiotę” Fiodora Dostojewskiego, dwa razy „Braci Karamazow”.

DJ: Bez Tołstoja, bez Dostojewskiego, bez Bułchakowa, bez rosyjskiej dramaturgii z Czechowem na czele, bez poezji Achmatowej, Okudżawy, Wysockiego bylibyśmy uboższy. Zapytam jeszcze: jaką rolę chciałby Pan teraz zagrać?

MK: Chętnie wróciłbym do postaci Myszkina, z którym już kiedyś zmierzyłem się w szkole teatralnej. Rok temu poprosiłem Pana Boga, żeby może grać mniej żartów, farsami byłem już zmęczony. Chciałbym teraz zagrać postać, przy której bym się intelektualnie wysilił.

DJ: Rozumiem Pana lęk przed zawodowym zaszufladkowaniem. Czy Pan Bóg wysłuchał Marcina Kobierskiego?

MK: Tak. Niedawno w Teatrze Bagatela zrobiliśmy „Kotkę na gorącym blaszanym daszku” Tennessee Williamsa, a teraz pracujemy nad sztuką Pedro Calderona de la Barki. Zbliżamy się wielkimi krokami do oficjalnych obchodów jubileuszu 100-lecia powstania krakowskiej Bagateli, mojej macierzystej sceny. A wracając jeszcze do wyboru ról – cieszę się z różnorodności, nie chciałbym w tym zawodzie odcinać kuponów.

DJ: Życzę tego Panu z całego serca. Dziękuję za rozmowę!

Newsletter

Zapisz się
do góry