Zawsze zimą patrzę sobie z tej mojej - a przynajmniej już oswojonej - Warszawy, na południe. Na Beskidy, a szczególnie i specjalnie Bieszczady, na Sudety i niesamowite Karkonosze, czy wreszcie pasma Karpat, z tłocznymi i dumnymi Tatrami. Na pasma górskie, na połoniny, na schroniska, gdzie gwarno, a bywa, że i całkiem celebrycko. I na samotne szlaki, zagubione bacówki, zapomniane szałasy, chaty, kapliczki.

Zamykam oczy i pamiętam, ale w tym roku w góry nie dotrę, bo wspinam się właśnie na chyba najwyższy szczyt w swoim życiu. W tym roku zostaliśmy rodzicami i każdy, kto tego doświadczył wie, że wychowanie dziecka to wędrówka po Himalajach, a każdy dzień to ośmiotysięcznik. A ile jest radości, kiedy uda się go zdobyć!

Powspominać wszak można, kto mi zabroni? Siadam więc nad pudłem ze fotografiami i wyciągam starocie: a to zdjęcia z wyprawy na Święta Bożego Narodzenia do Małego Cichego i z naszą gospodynią Heleną, a to zimowa wyprawa śladami Jana Pawła do Doliny Jarząbczej, sprzed dwóch lat. Ubrałem się wtedy... szkoda gadać: kurtka narciarska, grube kalesoniska, tzw. ciepłe gacie i buty, które górskie były tylko z nazwy i nadawały się najwyżej do podboju schodów ruchomych w galerii, w której były kupione. Zmarzłem niemożebnie, ale warto było.

 jacFotorCreated

Jestem jednak człowiekiem telewizji i obrazek lubię łączyć z dźwiękiem, więc wspominam także ten, który w pamięć zapadł mi na zawsze. Nie była to zima, a początek lata, 6 czerwca 1997 roku. To wtedy, podczas mszy świętej pod Wielką Krokwią pierwszy raz zaprezentowały się światu Turliki, czyli Podhalańskie Stowarzyszenie Śpiewacze. Turlikom szefowała pani Ewa Sterczyńska, a 160-osobowy chór wykonał wtedy Janowi Pawłowi II przepiękną pieśń: "Syćka se Wom zycom".

 

Pamiętam przejęcie na twarzach tych dzieciaków i autentyczne wzruszenie Ojca Świętego. Pamiętam jak błogosławił wszystkim zgromadzonym, a tak naprawdę - nam wszystkim, którzy ten moment widzieli tak jak ja, za pośrednictwem telewizji. Rozmowę z panią Ewą nagrywałem kilka lat później dla "Między ziemią a niebem". Wspominała jak wielkie była trema i emocje dzieci, a także jak szybko minęła, kiedy pojawił się Ojciec Święty, kiedy zabrzmiała ich muzyka.

Bo miał też "nasz" Papież niezwykły z kontakt dziećmi. I jeśli był mistrzem dialogu z tłumami, to z dziećmi i nastolatkami miał kontakt na poziomie master. Żartował. Szukałem tych najlepszych anegdot i znalazłem w sieci:

Podczas jednej ze swoich wizytacji rzymskich parafii Papież - jak to miał w zwyczaju - wdał się w rozmowę z dziećmi. - Wy jesteście młodzi, a ja już jestem stary - powiedział. - Nie, nie jesteś stary - gromko zaprotestowały dzieci. - Tak, ale jak jestem z wami, to dziecinnieję - replikował Papież.

Albo:

Podczas powitania w Monachium Papież spytał licznie obecne dzieci: Dano wam dziś wolne w szkole? Tak - wrzasnęła z radością dzieciarnia. To znaczy - skomentował Jan Paweł II - że papież powinien częściej tu przyjeżdżać.

Celne! Zawsze miałem wrażenie, że dzieciaki lubiły Jana Pawła II, bo On sam pielęgnował w sobie dziecko. Teraz, kiedy mam syna, z którym intensywnie "gugam" i śmieję się do rozpuku (on jeszcze rozbawiony dosłownie wszystkim, a ja - jego rozbawieniem)  odczytuję ten przykład,  jako osobiste i ważne zadanie dla każdego rodzica.

Co więcej, mam na to nawet dowód naukowy, potwierdzony przez naukowca i to nie jednego, i nie pośledniego. Zerknijcie na artykuł pani Wandy Papugowej, znanej psycholog rozwoju, który znajdziecie na stronie Instytutu:

Rodzice, wychowując dziecko, są z nim w nieustannym dialogu. Przekazują uwagi krytyczne, oceny pozytywne, pozostają z dzieckiem w przestrzeni nieustannej konwersacji. Formułowanie ocen odbywa się na bazie własnego systemu wartości a wyrażanie własnego stanowiska to proces wartościowania. Według definicji Jadwigi Puzynin polega on na „stwierdzeniu jakie wartości pozytywne i negatywne właściwe są, zdaniem osoby wartościującej – danym cechom, zachowaniom, stanom rzeczy, pośrednio przedmiotom.

Czyli właśnie poprzez dialog z dzieckiem, nieustającą z nim rozmowę –  na początku bardziej stanowczą, czasem bardziej partnerską - kształtujemy dziecko najbardziej. Jak pisze Wanda Papugowa,  warto wiedzieć, jakie wartości przekazywać, bo raz zasiane ziarenko...

Matka ojciec, nauczycielka w przedszkolu przekazują wartości, które dla nich są istotne, a które ujawniają się w ich stosunku do świata, aktywności, tworzeniu relacji, wypowiadanych sądach, a więc w różnorodnych przejawach codziennego życia. Dziecko drogą identyfikacji z najbliższą osobą znaczącą, przejmuje podstawowe schematy funkcjonowania. Naśladuje w zabawie zachowanie wartościujące, a potem wybiórczo stosuje rozwiązania podpatrzone u kogoś kto stanowi model. Wartościowanie i wychowywanie dzieją się równocześnie. Wprowadzanie w świat wartości nie odbywa się jednak drogą moralizowania i wykładu, ani przez zapisanie wzniosłego tematu lekcji, ale poprzez konkretne zachowania, w których osoba dorosła podejmuje działania rozstrzygające, oceniające, kształtujące wrażliwość estetyczną i moralną. Poprzez swoje zachowanie jest dla dziecka wzorem, modelem, autorytetem, a równocześnie przyczynia się to tworzenia fundamentu jego tożsamości.

Wniosek:  gadać z dziećmi trzeba. Jednakowoż  gadać można mądrze i głupio. Jak jest mądrze - to się boję napisać,  bo przecież każdy rodzic wie jak - po swojemu. Niemniej dość istotne jest, by być konsekwentnym w tym co i jak się mówi.  Tu wzorem może być oczywiście człowiek, o którym mówimy - Piotr naszych czasów, czyli Jan Paweł II. Jeśli ktoś szuka pomysłu na to jak rozmawiać o sprawach Ważnych (tych przez duże "W") to wystarczy, żeby przypomniał sobie jak i o czym Jan Paweł II podczas Światowych Dni Młodzieży z tymi, którzy są "solą dla ziemi" i "światłem świata" jak mówił do nich i o nich  w Toronto. Jak oni go słuchali!

To było w 2002 roku, w lipcu. A miesiąc później, 16 sierpnia, Papież wylądował w  Krakowie. Po raz ostatni wtedy spotkał się z Polską, z ważnymi dla siebie miejscami. Po trudach pielgrzymki, która miała w nas obudzić wiarę w moc miłosierdzia Bożego, po wizytach w miejscach krakowskich, helikopter z Ojcem Świętym wyruszył w jeszcze jedną, sentymentalną podróż - ku Tatrom, Giewontowi i Morskiemu Oku, by zawrócić nad Ludźmierzem. Ciekawe o czym i o kim wtedy myślał? Czy wspominał swoje spotkania z młodymi w tych górach? Z tymi, którzy śpiewali mu tak pięknie "Syćko se Wom zycom"? I o milionach innych ludzi, których spotkał na szlakach całego świata i z którymi tak dobrze mu się rozmawiało?

Patrzę przez okno na padający śnieg i myślę,  jeśli tu w Warszawie sypie, to jak pięknie musi być tam, w górach?  Tęsknię za tymi miejscami.  Z drugiej strony – patrzę na to moje zasypiające dziecię i myślę sobie, a co mi tam, teraz jestem tu i z nim, to jest najważniejsze. A na szlaki jeszcze zdążymy wyruszyć. I wtedy dopiero pogadamy!

P.S. Przypomniała mi się jeszcze jedna anegdota: podczas pierwszej wizyty w USA Papież spotkał się z rodziną prezydenta Jimmy’ego Cartera. Pięcioletnia wówczas wnuczka prezydenta, mając kłopoty z wygłoszeniem powitania, powtarzała w kółko: - Jego Świątobliwość, Jego Świątobliwość. Papież, chcąc wybawić dziewczynkę z kłopotów, wziął ją w ramiona i powiedział: - Mów mi wujaszku.


Jacek Zakrzewski - Poznaniak z urodzenia, Warszawiak najpierw z konieczności, a dziś już z wyboru. Z wykształcenia - politolog i dziennikarz, od 17 lat związany z TVP, a tam - z Redakcją Programów Katolickich telewizyjnej Jedynki, m.in. współprowadzący "Między Ziemią a Niebem". Obecnie współpracuję zarówno z TVP jak i z TVN. Szczęśliwy mąż i tata. Piszę o tym, co wokół mnie, co mnie drażni, ale też o tym, co mnie wzrusza i zachwyca. I bardzo często się zastanawiam: a co na to powiedziałby Jan Paweł II? Bo zamiast tylko go kochać, chcę Go też słuchać. Wciąż od nowa.

Newsletter

Zapisz się
do góry