Pierwszą i podstawową komórką ekologii ludzkiej jest rodzina, w której człowiek otrzymuje pierwsze i decydujące wyobrażenia związane z prawdą i dobrem, uczy się, co znaczy kochać i być kochanym, a więc co konkretnie znaczy by osobą.

Jan Paweł II

Wydaje się, iż oczywistym faktem jest, że człowiek istnieje w świecie na dwa różne sposoby: jako kobieta i jako mężczyzna. W dzisiejszej kulturze podział ten wcale nie jest jednak tak oczywisty.

Coraz częściej można spotkać twierdzenia świadczące o tym, że męskość i kobiecość tak naprawdę jest tylko wynikiem społecznego wychowania i mocno utrwalonej, przekazywanej od pokoleń, tradycji. Inna definicja odwołuje się do najbardziej subiektywnych odczuć poszczególnej jednostki. Innymi słowy, to czy jestem kobietą czy mężczyzną, zależy tylko i wyłącznie od tego, kim się czuję, co wcale nie oznacza, że dzisiaj czując się kobietą, za dziesięć lat nie będę miała kaprysu posmakować tego, jak to jest być mężczyzną. Judith Butler mówi wprost: „Płeć biologiczna jest konstruktem idealnym, który z czasem pod przymusem zostaje zmaterializowany. Nie jest to fakt naturalny czy nienaruszalny stan ciała, ale proces, w którym normy społeczne materializują ową płeć biologiczną, a tę materializację osiągają przez wymuszone, ciągłe powtarzanie tychże norm.”1 Na określenie tak rozumianej płciowości używa się nie terminu sex (oznaczenie czysto biologiczne), ale gender czyli płeć społeczna, którą wybieram sobie sam. Zaś Simone de Beauvoir w swojej książce „Druga płeć” napisała: „Nikt nie rodzi się kobietą, lecz nią się staje”.

Można umówić się, że przyjęcie takiego sposobu patrzenia na ludzką płeć nie jest w zasadzie niczym złym. W imię szeroko rozumianej, niczym nieskrępowanej wolności, możliwość wyboru, czy ktoś chce być kobietą czy mężczyzną, powinna należeć do podstawowych praw człowieka. Dobrze. Przyjmijmy, że to nasze prawo. Nie wolno nam jednak w tym momencie zapomnieć o konsekwencjach przyjęcia takiego prawa. A konsekwencje są ogromne i mogą być niebezpieczne. Już raz w historii pojawił się taki człowiek, który ogłosił, że nie ma Boga. Wielu ludzi, przyjęło tę nowinę z entuzjazmem, niewielu jednak zdawało sobie sprawę, co to tak właściwie oznacza. Jeżeli nie ma Boga, to nie ma żadnego porządku moralnego, nie ma ani dobra, ani zła, wszystko jest względne i za nic nie ponosi się konsekwencji, nie ma żadnej obiektywnej prawdy. To czysty relatywizm. Podobnie dzieje się w przypadku, gdy pozwolimy człowiekowi na dowolne dysponowanie swoją płciowością.

Jakie są wobec tego konsekwencje? Otóż, prawo do samodzielnego określenia płci, nie tylko podważa naturalne prawo biologiczne, ale rozmywa także tożsamość człowieka, zaburza jego wewnętrzną jedność. Zmieniając płeć, człowiek już sam nie wie, czy jest kobietą czy mężczyzną, czy może kobietą i mężczyzną naraz. Zmianie, wobec tego, ulegają również stosunki i relacje seksualne. To znaczy: prowadzi to, do zaakceptowania każdego zachowania seksualnego. Wtedy zachowania homoseksualne, bi – trans – seksualne również należy przyjąć za coś normalnego. Pojawia się także pytanie, czy aby wybór płci jest zupełnie wolny i zgodny z naturą, skoro nawet homoseksualiści postępują na zasadzie dwupłciowego podziału ról mężczyzny i kobiety i nie potrafią się od niego uwolnić: przyjmując jeden/jedna rolę mężczyzny, drugi/druga rolę kobiety2. Okazuje się wiec, że nawet zmieniając płeć odwołujemy się do naturalnego podziału na kobietę i mężczyznę. Volker Zastrow widzi innego rodzaju zagrożenie: „Uparte dążenie do celu z jednej strony, a ignorancja z drugiej konstytuują ów „tajny program”. Jakie są jego cele i metody? Cel sięga wysoko: ni mniej ni więcej, chce stworzyć nowego człowieka, a  mianowicie poprzez zniszczenie „tradycyjnych ról płci”. Już choćby z tego powodu trzeba słowo „płeć” zanegowane jako pojęcie przymusowe, zastąpić słowem „gender”. Jeśli to możliwe, duchowe przeobrażenie płci należy rozpoczynać już od wychowania w żłobku”3 .

Zastanówmy się przez chwilę, jaki sposób patrzenia na miłość, związek dwóch osób proponuje owa rewolucja genderowa? Dopuszczając wszelką konfigurację związku (kobieta – mężczyzna, kobieta – kobieta, mężczyzna – mężczyzna itd. wypacza ona całkowicie obraz małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. Hołdując zachowania, w których chodzi głównie o zaspokojenie swoich namiętności, swojego popędu seksualnego, obdziera związek dwóch osób z czegoś najpiękniejszego i pierwotnego, a jednocześnie sprowadza drugą osobę do roli przedmiotu. Wszelkie zaś zachowania wskazujące na możliwość pohamowania się od zaspokojenia popędu seksualnego traktowane są jako hamulce, ograniczenia czy wręcz niewola. Tak, jesteśmy osobami seksualnymi, szukamy zaspokojenia swojego popędu u drugiego człowieka. Nie jesteśmy jednak zwierzętami, które kierują się tylko i wyłącznie swoimi hormonami. „Zwierzę nie może kochać, ani gwałcić. Nie może oddzielić zaspokojenia seksualnego od rozmnażania. Tylko człowiek ma taką zdolność. Może z aktu seksualnego uczynić bezinteresowny dar z siebie dla drugiej osoby, a może też sprowadzić ją do przedmiotu, który go zaspakaja. W tej drugiej opcji nigdy, ale to przenigdy nie zostanie jednak zaspokojony, ponieważ uprzedmiotowienie drugiej osoby nie zaspokoi jego prawdziwej tęsknoty za miłością. A każdy człowiek tęskni za miłością. Największą tęsknotą ludzkiego serca jest miłość. O tym, czym jest miłość najpiękniej mówi Benedykt XVI w najnowszej encyklice „Deus Caritas est”. „Miłość jest troską o człowieka i posługą dla drugiego. Nie szuka już samej siebie, zanurzenia w upojeniu szczęściem; poszukuje dobro ukochanej osoby; staje się wyrzeczeniem, jest gotowa do poświęceń, co więcej, szuka ich”.

Bóg jednak stworzył człowieka dla „niego samego”, stworzył go niewiele mniejszym od samego siebie. Kocha człowieka „z całą pasją właściwą prawdziwej miłości”. Ponieważ z miłości zostaliśmy stworzeni i do miłości jesteśmy powołani, jesteśmy wolni, aby na Bożą miłość odpowiedzieć gotowością uczenia się miłości albo odwrócenia się od niej, bo droga jest zbyt uciążliwa. Ten, kto pozwala kierować sobą tęsknocie serca, ten kroczy drogą oczyszczenia i dojrzewania, które „osiąga się także na drodze wyrzeczenia. Nie jest to odrzucenie erosu, lecz jego uzdrowieniem w perspektywie jego prawdziwej wielkości”4 . Oto paradoks miłości: odnaleźć samego siebie w czynieniu się darem dla drugiego. Droga jest wąska i stroma, ale tęsknota serca, nadchodząca potrzeba, naturalne siły życiowe i Bóg są po stronie tych, którzy pragną iść na wyżyny miłości. Miłość między mężczyzną i kobietą wiedzie do przezwyciężenia egoizmu pojedynczych istnień, a  swoje spełnienie znajduje w dziecku. „Ale pierwsza miłość, jakkolwiek by była wielka, jest tylko przedsmakiem nieba, który nieuchronnie zaniknie. Pozostanie walka z egoizmem, a uczenie się kochania jest zadaniem na całe życie. W sakramencie małżeństwa, dzięki łasce Bożej, może się to udać.

Oto droga na szczyty miłości, stawiająca człowiekowi wielkie wymagania. Każdy tęskni za miłością, ale nasza kultura nie przekazuje już praktycznej wiedzy, jak owa tęsknota może się spełnić. Przeciwnie, czyni wszystko, aby właściwą drogę skryć za ciemnymi chmurami nieograniczonego zaspokojenia pożądliwości5”.

Takie rozumienie aktu seksualnego jest relatywizmowi zupełnie obce. Pojawia się niebezpieczeństwo, że trzeba będzie „coś” z siebie dać, że oprócz mnie ma liczyć się także, a nawet, przede wszystkim ten drugi. Tego współczesny świat nie chce zaakceptować, tego boi się najbardziej i od tego ucieka. Stąd tak wiele zranień, niezrozumienia, poczucie wykorzystania siebie nawzajem. Gdy człowiek staje się więźniem popędu seksualnego, przekracza kolejne granice integralności i godności ludzi, których potrzebuje do zaspokojenia swojego pożądania. Niektórzy są już tak poranieni, że nie są już zdolni do trwałego związku, do zaufania drugiej osobie zanim wejdą w wiek małżeński. Najgorsze w tym wszystkim wydaje się być to, iż człowiek ulegając takiej ideologii, ma iluzję poczucia bycia wolnym. Tymczasem zachowanie to w imię wolności, wolność niszczy. „Jeżeli bowiem seksualność oddziela się od miłości i wymyka się ona spod kontroli, jako zaspokojenie żądzy, wówczas jeden człowiek wykorzystuje i poniża drugiego. Miedzy sercami otwiera się przepaść, nad którą nie może przerzucić mostu zaspokojenie cielesne. Stąd poszukiwanie, które staje się manią i które przekracza coraz to nowe granice. Nic nie poniża człowieka tak bardzo, jak wykorzystanie go jako obiektu seksualnego6”.

Hasło „Rób, co chcesz, idź za swoimi pragnieniami” okazuje się bowiem pełne fałszu. Ślepe podążanie za swoimi pożądliwościami i popędami nigdy nie przyniesie ukojenia naszemu sercu. Dlaczego? Ponieważ prawda o człowieku jest inna. „Ponieważ człowiek jest ciałem i duchem, staje się w pełni sobą „jedynie wówczas, kiedy obydwa wymiary stapiają się w jedną całość. Jeżeli w najbardziej intymnym, wewnętrznym, stwórczym akcie zjednoczenia płciowego człowiek rozrywa tę jedność, eros sprowadza się jedynie do seksu staje się towarem, zwykłą rzeczą, którą można kupić i sprzedać, co więcej – sam człowiek staje się towarem. Akt seksualny tworzy więź miedzy ludźmi niezależnie od tego, czy tego chcą czy nie. A owocem tego zjednoczenia jest dziecko.

Instrumentalne traktowanie swojej cielesności prowadzi do największej tragedii dzisiejszej kultury, do upadku podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Coraz większym problemem jest, że w ogóle coraz mniej rodzin w ogóle powstaje. Po co rodzina, skoro wolno zmienić człowiekowi  partnera w dowolnym momencie, skoro wierność już nic nie znaczy, a sakrament małżeństwa jest pozostawiony dla nawiedzonych katolików, którzy zresztą nie rozumieją postępu nowoczesności.

Taka jest jednak cena tej rewolucji i komu ona służy? Wydaje się, że człowiekowi jednak najmniej. Ogołaca go z tego wszystkiego, co najpiękniejsze, co świadczy o jego człowieczeństwie, istocie. Jeżeli seksualności odbierze się wymiar świętości, wyjątkowości, pozbawi się jej bezwarunkowego oddania się mężczyzny kobiecie, a kobiety mężczyźnie, wtedy, żadna przysięga wierności nie ma po prostu sensu, wtedy rodzina ulega całkowitej degradacji.

J. D. Unwin w swojej książce „Sex and Culture” udowadnia tezę Freuda, że kultura powstaje przez powstrzymanie się od zaspokojenia seksualnego. Im większe ograniczenie seksualne, tym wyższy poziom społeczny; im mniejsze ograniczenie seksualne, tym niższy poziom kulturowy. Wyniki te tłumaczyłby idealnie upadek dzisiejszej kultury, która zdaje się o tej ważnej zależności zdaje się zapomniała. Kultury cywilizowane wyróżniają się tym, że obok czystości przedmałżeńskiej obstają przy absolutnej monogamii. Jedyną odpowiedzią na ten kryzys wydaje się ponowne umieszczenie seksualności człowieka tam, gdzie jej miejsce: w małżeństwie mężczyzny i kobiety.

Miłość oznacza, że mężczyzna i kobieta całkowicie oddają się sobie w darze i całkowicie siebie przyjmują. Traktują się równorzędnie i uzupełniają w swej rzeczywistej różnorodności. „Tylko dzięki łasce tej dwoistości elementu męskiego i kobiecego człowieczeństwo realizuje się w pełni7”. Miłość staje się odblaskiem miłości Bożej wtedy, gdy człowiek kocha tak, jak Bóg: w sposób wolny, bez zastrzeżeń, wiernie i owocnie. Do tego człowiek został powołany i tylko tak spełnia się jego najgłębsza tęsknota. Nikomu jednak nie spada to z nieba, takiej miłości trzeba się uczyć i zdobywać ją dzięki łasce Bożej. Taka jest cena ludzkiej wolności.

Być kochanym i kochać – oto nasza największa tęsknota. Mamy Boga, którego istotą jest miłość, który uczy nas kochać i daje nam łaskę, abyśmy też potrafili to czynić.


1 Judith Butler, Gender Trouble: feminizm and the Subwersion of Identity, New York/London 1990; cytat za G. Kuby, Rewolucja genderowa, Kraków 2007.
2 G. Kuby, Rewolucja genderowa, Kraków 2007, s. 62.
3 Volker Zastrow, Politische Geschlechtsumwandlung, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, 19.06.2006.
4 Encyklika Benedykta XVI, Deus Caritas est, Rzym, 25 XII 2005 r.
5 G. Kuby, Rewolucja genderowa, Kraków 2008, s.121.
6 J.w.
7 Jan Paweł II, List do kobiet, 29.VI.1995









Newsletter

Zapisz się
do góry