„Apelujemy do wszystkich, którzy pragną dobra, trwałego pokoju oraz szczęśliwej przyszłości: do polityków, działaczy społecznych, ludzi nauki, kultury i sztuki, wierzących i niewierzących, do przedstawicieli Kościołów - stale podejmujcie wysiłki na rzecz rozwijania dialogu, wspierajcie to, co umożliwia odbudowanie wzajemnego zaufania i zbliża ludzi do siebie oraz pozwala budować wolną od przemocy i wojen pokojową przyszłość naszych krajów i narodów.” – czytamy we „Wspólnym Przesłaniu do Narodów Polski i Rosji”, podpisanym 17 sierpnia 2012 r. przez przewodniczącego KEP Abpa Józefa Michalika i Patriarchę moskiewskiego i Całej Rusi Cyryla I. Dokument bywa porównywany do listu biskupów polskich do niemieckich z 1965 r. Przebaczyć jeszcze nie umiemy, ale dialog jest na nasze siły.

A co z pamięcią?

Podpisanie Przesłania jest krokiem przełomowym, ale w drodze do celu, jakim ma być pojednanie - pierwszym. Pojawia się wiele pytań. Czy można przebaczyć komuś, kto nie wyraził dotąd skruchy? Czy wyciągnięcie ręki do Rosjan nie oznacza usprawiedliwienia krzywd? Utraty pamięci.
Autorzy dokumentu nie bez powodu zamieścili w nim stwierdzenia: „przebaczenie nie oznacza zapomnienia”; „pamięć stanowi istotną część naszej tożsamości”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatni cytat był inspirowany książką Jana Pawła II „Pamięć i tożsamość”. Trzeba od razu przyznać uczciwie, że w długiej historii sąsiedzkich relacji nie byliśmy bez win, choć mamy uzasadnione ostatnimi wiekami poczucie jednostronnej dominacji Rosji.
Tylko czy za rządy carów i totalitarny reżim do końca świata mamy nienawidzić Rosjan, prawosławnych?
Bolą niezabliźnione rany. Niektórzy odczuwają potrzebę buntu. Trzeba czcić pamięć ofiar katastrofy samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem! W smoleńską ziemię wsączyła się polska krew. Problem w tym, że chrześcijanie mają poprzeczkę ustawioną wyżej, niż niewierzący. Ich Mistrzem jest Ten, który ginąc niewinnie, zbudował na Swoim ciele i krwi Świątynię. Cały nasz Kościół. Podzielony... Po dwóch tysiącach lat ta miłość miłosierna, przebaczająca, gotowa stawić czoło własnemu cierpieniu, nie jest dla uczniów oczywista. Zostali nią obdarowani? No tak. Lecz przed Bogiem są mali i niepozorni. Jemu było/ jest łatwiej! Czyżby? Przecież Bóg - Jezus padł/pada ofiarą ludzkiej mocy i władzy, a przebaczył. W Eucharystii powtarza tę decyzję.

Dar pełen siły

O tym, jak przebaczać, napisano już wiele książek. Według znawców zagadnienia przebaczenie nie oznacza zapomnienia. Pojednanie nie polega na udawaniu, że nic się nie stało. Stało się. Ale my to przekraczamy. Wznosimy się ponad chęć wyrównania rachunków. Chrześcijanin to ten, kto pracuje nad spontanicznym odruchem - pragnieniem zemsty. Bo Bóg dał mu przykład. Ofiarą z życia otworzył furtkę człowiekowi, który Go zdradził i zawiódł Jego, Boga zaufanie. Zaczął od Siebie, Siebie nie oszczędzał, ma prawo wymagać.
Nienawiść wypala zdolność do kochania, obdarzania dobrem, odczuwania radości. Niszczy od środka. Może nawet bardziej upośledza tego, który skrzywdzony – nienawidzi, niż sprawcę.
Żeby uporać się z emocjami, trzeba czasu. Psychologowie proces przebaczania dzielą na etapy. To trud i wysiłek, mimo to - warto. Przebaczenie jest bowiem „darem, gestem dopuszczenia na nowo do więzi bliskości, wspólnoty, chociaż została ona zerwana”. (Włodzimierz Zatorski OSB „Przebaczenie”, Kraków 2005, s. 64) Jest „znakiem rozpoznawczym duchowej wielkości człowieka”, a zarazem „uprzywilejowanym narzędziem walki ze złem” (s. 142). Złem nie zwycięża się zła, bo wtedy nie ma ono końca.
Jeszcze jeden „mit” zatruwający klimat dialogu. Obdarowanie kogoś przebaczeniem świadczy o sile, a nie o słabości.

Dialog – nowa odsłona

W części zatytułowanej „Dialog i pojednanie” czytamy: „[...] wkraczamy na drogę szczerego dialogu w nadziei, że przyczyni się on do uleczenia ran przeszłości, pozwoli przezwyciężyć wzajemne uprzedzenia i nieporozumienia oraz umocni nas w dążeniu do pojednania”. Tu już nie chodzi o różnicę zdań w sytuacji pluralizmu, otwarcie na Innego itp. To rozmowa dwóch skonfliktowanych od wieków Kościołów chrześcijańskich, a także dwóch, przez wieki wrogo nastawionych do siebie, narodów.
Słowo „dialog” nabiera w tym kontekście głębszego znaczenia. Przestaje być atrybutem tzw. katolików otwartych, oskarżanych przez tradycjonalistów niechętnych postanowieniom Soboru Watykańskiego II o zgubne balansowanie na granicy wiary i herezji. Może czas odczarować słowo „dialog”, wciśnięte między opcję „fundamentalistycznej prawdy” i „pluralistyczny relatywizm”.
Dialog jest tradycją Kościoła, także polskiego. Warto przypomnieć choćby „Orędzie biskupów polskich o potrzebie dialogu i tolerancji w warunkach budowy demokracji” (1995) czy list pasterski polskiego Episkopatu z roku 2003 pt. „Dialog warunkiem pokoju” (i inne dokumenty kościelne). One są aktualne:
„Zbyt dużo jest między nami podejrzliwości, nieufności i lęków [...] Mamy do czynienia z gorszącymi kłótniami i walkami, tymczasem osoby postronne gorszą się podziałami istniejącymi między ludźmi powołującymi się na tę samą Ewangelię. W tych warunkach dialog jest także dobrą okazją do rachunku sumienia, do oczyszczania pamięci, wspomnień, myśli i uczuć. Inni ludzie zazwyczaj lepiej widzą nasze wady niż my sami, korzystajmy także z ich pomocy. Nie bójmy się stów krytyki, a sami starajmy się o rzetelne i życzliwe wyrażanie poglądów wobec innych. Jest to trudne, ale możliwe - i bardzo potrzebne” („Dialog warunkiem pokoju”).
Wejście w dialog nie oznacza rozmywania prawdy. Tożsamość dorosłego człowieka nie ulega destrukcji tylko dlatego, że ten odkrył inny punkt widzenia. Chyba, że panicznie boi się zwątpienia, nie ufa sobie.

Asertywny jak Polak?

Dialog jest rozmową, „życzliwym spotkaniem” między tymi, którzy się różnią. Abp Michalik i Patriarcha Cyryl I podpisali Przesłanie kierowane do nas, uczniów Chrystusa i rodaków bł. Jana Pawła II. Byliśmy z niego dumni. Czy On może być dumny z nas?
Trzy miesiące temu, z okazji rocznicy urodzin Papieża, napisałam z żalem: „Z perspektywy czasu »doświadczenie kwietniowe« z 2005 r. okazało się niewiarygodnie powierzchowne. Trudno uwierzyć, że po prawie trzydziestu latach pontyfikatu i tak przejmującym, symbolicznym odejściu do Domu Ojca w Święto Miłosierdzia, wystarczyło pięć lat, by kolejny kwiecień obrócił przesłanie papieża w pył. Epoka, w której - na obraz miłosiernego Jezusa - przebaczono sprawcy zamachu (będąc cudem ocalonym), wydaje się być bardziej odległą od »dzisiaj«, niż chrzest narodu za Mieszka i Dobrawy. Dzisiaj »zamach« nie musi być nawet dowiedziony, by generować zbiorową nienawiść - z krzyżem na sztandarach.” (Pokolenie JP2 – ideał sięgnął bruku, deon.pl). Chyba nie miałam racji.
Jan Paweł II pokazał światu, że przebaczenie i dialog są owocami dojrzałej siły, wielkości ducha, głębokiej wiary, cywilnej odwagi, i nie mają nic wspólnego z naiwnością. Skrystalizowana osobowość nie zamyka się w czterech ścianach swojego „ja”, wychodzi za próg dzielić się wiarą, nadzieją i miłością. Nie ma wśród nas wielu świętych liderów, którzy wypełniliby lukę po Papieżu. Nie szkodzi. Standardowe środki duchowe mamy zawsze: modlitwa, post, umartwienia. A na to dostaliśmy też rozum, by zdobywać wiedzę i umiejętności – osiągać cele.
Jeśli dialog jest rozmową, to trzeba się uczyć komunikacji. Wielu katolików ma dylemat: jak nie ulec poglądom innych, ale nie narzucać swoich? Nie być nachalnym? Pozostać znakiem sprzeciwu? Nie ulec presji? Psychologowie znają złoty środek, postawę pośrednią między uległością i agresją. Nazywa się „asertywność.”
Bywa ona wybiórczo, niesłusznie zawężana do umiejętności odmawiania. Tymczasem jest to „sztuka bycia sobą wśród innych”. Pewność siebie połączona z szacunkiem dla różnic. Otwarte komunikowanie potrzeb, emocji, poglądów i wartości - z zastrzeżeniem, że to samo może rozmówca. Asertywność jest umiejętnością mówienia „nie” – ale i przyjmowania odmowy! Krytykowania bez obrażania. I równie trudnego przyjmowania krytyki. Mam prawo wyrażać siebie i bronić się w sytuacji ataku, ale bez agresji i pod warunkiem, że dokładnie te same prawa przyznaję innym. Pewny siebie, asertywny katolik, nie popada w histerię, nie obraża się, gdy ktoś go zaczepi, nie kieruje się złością, nie reaguje atakiem na wyśmianie. Nie chowa głowy w piasek. Pyta, słucha, argumentuje, kontroluje emocje. Zna swoją wartość. Łatwiej mu kochać ludzi, a na pewno – szanować.
Przesłanie jest jednym z trudniejszych wyzwań, jakie nas czekają w najbliższych latach. Dlatego warto pamiętać, że powołaniem ucznia Chrystusa nie jest ani walka, ani obrona. Chrześcijanin ma być świadkiem Szalonej Miłości Boga, która postawił na dialog z grzesznym winowajcą. I to po tym, jak ten zburzył Mu ciężką pracą zbudowany Eden, a Jedynaka okrutnie zamordował na Golgocie.


 Małgorzata Bilska, publicystka i socjolog, absolwentka studiów doktoranckich w Instytucie Socjologii UJ.  Stała felietonistka Deon.pl. Publikowała m.in. w Rzeczpospolitej, Znaku, W drodze, Przeglądzie Powszechnym, Więzi, Tygodniku Powszechnym, Zeszytach Karmelitańskich. Autorka książki o kulcie św. Rity w Polsce.

Newsletter

Zapisz się
do góry