Zamiast krzyczeć, że my wszystko wiemy i mamy rację, warto nauczyć się słuchać, nie tyle uszami, co sercem. A w filozofii chińskiej serce i umysł są nierozdzielne, stanowią jedność. Tego w historii nam zabrakło, a teraz płacimy za to ogromną cenę.

Z o. Janem Koniorem SJ rozmawiają Sławomir Rusin i Marcin Jakubionek.

Przebywał Ojciec wielokrotnie w Chinach, Japonii i Korei, zna więc Ojciec Daleki Wschód dość dobrze. Jak odbierane jest tam chrześcijaństwo?

Chrześcijaństwo dla mieszkańców Dalekiego Wschodu to obca religia. I nie chodzi tu o samą Ewangelię, ale o to, że głosi się ją „po europejsku”, a nasz sposób myślenia, bardzo różni się od chińskiego czy japońskiego. Ludzie Wschodu mówią to, co widzą, my tymczasem mówimy to, co myślimy. W Azji na początku jest obraz, potem pojawia się myśl. Widać to nawet w piśmie, którym mieszkańcy tej części świata się posługują. Przecież to pismo ideograficzne, wywodzące się z obrazkowego. Kiedy Chińczyk uczy się języka angielskiego i pada np. słowo house, czyli dom jia 家, to on je najpierw niejako narysuje, a dopiero potem zapamiętuje. Zauważmy, w Chinach, Japonii czy Korei właściwie nie ma malarstwa abstrakcyjnego, nie ma kubizmu, nie ma chińskiego czy koreańskiego Picasso. Na obrazach oglądamy wodospady, góry, rzeki, ludzi. Co innego w Europie - dla nas ważne jest myślenie abstrakcyjne, metafizyczne. W Azji liczą się konkrety, doświadczenie. Dlatego Azjaci mają wielką trudność np. w zrozumieniu filozofii Arystotelesa, św. Tomasza, czy pojęć, takich jak byt (esse). Jak to zobaczyć?

Chrześcijaństwo trafiło jednak do Chin dość wcześnie...

Tak, ale w wydaniu heretyckim, nestoriańskim. Do Chin zaniósł je mnich Alopen z Syrii ok. 625 r. Wspomina o tym stella kamienna z miasta Xian 西安. Była to dawna stolica Chin, tutaj znajduje się słynna - odkryta 40 lat temu - terakotowa armia. Nestorianizm, mimo iż miał bardzo prężnych misjonarzy (nestorianie byli obecni nawet w otoczeniu Dżyngis-chana), ostatecznie zanikł. Brakowało miejscowych powołań, a to ważny czynnik przetrwania każdej religii. Dziś pozostały po tym okresie jedynie stelle, krzyże i kilka ruin.

Na nowo i z większą mocą chrześcijaństwo zaczęło trafiać do Chin i Japonii pod koniec XVI w. Najpierw do Japonii za sprawą jezuitów, a dokładnie św. Franciszka Ksawerego, który przybył w 1549 r., na wyspę Kagoshima. Jego przewodnikiem był japoński rozbitek Yajirō.

Jak przyjęto tam chrześcijaństwo?

Ksawery był oczarowany Japonią. Gościnnie przyjmowano go na Kiusiu i Honsiu, uzyskał zezwolenie na wykładanie zasad wiary. Początkowo misje przynosiły dobre rezultaty. Rosła liczba wiernych, przede wszystkim wśród warstwy samurajskiej. Działalność rozpoczęły trzy misje – w Bungo, Hirado i Yamaguchi – skupiały się one przede wszystkim na przyswajaniu języka i doskonaleniu terminologii, koniecznej do przekazywania chrześcijańskich treści.

Misjom sprzyjała polityka prowadzona przez szogunat i przychylność japońskiego przywódcy, Ody Nobunagiego. Liczył on na pomoc w zwalczaniu wpływów religii buddyjskiej. Źródła podkreślają jego bezwzględną walkę z tą religią. Postawa wielu daimyō (jap. 大名, potężni i wpływowi władcy ziemscy), którzy decydowali się przyjąć chrzest, była przez misjonarzy odczytywana bardzo pozytywnie, tymczasem na ich decyzję wpływ miała pokusa zysków, płynących z handlu z Portugalczykami. Chrześcijaństwo rozwijało swoją działalność poprzez zakładanie szpitali, niesienie pomocy potrzebującym, budowę drukarni.

Z czasem jednak szogun Hideyoshi zaczął podejmować wrogie wobec katolików działania. Było to dużym zaskoczeniem, gdyż z raportu Towarzystwa Jezusowego, wynikało, że Hideyoshiemu leżała na sercu sprawa chrystianizacji Korei i Chin, a jezuici byli podejmowani na jego dworze z szacunkiem.

Co się stało?

5 lutego 1597 roku w Nagasaki na wzgórzu Nishizaka ukrzyżowano 26 chrześcijan. Na podjęcie takich środków wpłynął prawdopodobnie konflikt pomiędzy jezuitami a franciszkanami, którego głębszego podłoża należy szukać w rywalizacji hiszpańsko-portugalskiej. Nie mniej ważne mogły okazać się informacje, jakie miały dotrzeć do władz japońskich. Według nich Europa chciała powiększać swoje wpływy i terytoria handlowe kosztem Japonii, a misje miały temu służyć.

W 1611 r. Japonia wydała wojnę obcej sobie religii. Weszła w etap izolacji i zakończyła stulecie ożywionych kontaktów z krajami europejskimi. W 1614 r. rozpoczęły się już konkretne prześladowania. Wielu wiernych zginęło śmiercią męczeńską (byli zakopywani żywcem, wieszani, krzyżowani w wodzie, paleni, wrzucani do gejzerów). Gminy chrześcijańskie zeszły do podziemi, a przyjezdnym misjonarzom groziło niebezpieczeństwo. W 1643 r. męczeńską śmierć poniósł polski jezuita o. Wojciech Męciński.

Prześladowania rozszerzały się na całą Japonię. Katolicy chrzcili potajemnie swoje dzieci, uczyli ich katechizmu, w ukryciu zbierali się na wspólne modlitwy. Pozostały z tego okresu zapisy pieśni i modlitw. Pod koniec 1637 r. katolicy na półwyspie Shinabara (na południe od Nagasaki) chwycili za broń przeciwko prześladowcom, ale zostali okrutnie wymordowani. Histografia japońska określiła powstanie jako bunt chrześcijański.

Z pierwszego okresu prześladowań 26 męczenników w Nagasaki zostało kanonizowanych w 1862 r. W kilka lat później 205 męczenników z XVI wieku zostało beatyfikowanych. Wreszcie, kilka lat temu ukończono proces beatyfikacyjny 188 męczenników z przełomu XVII i XVIII wieku.

Zanim wybuchły prześladowania Ksawery usłyszał od Japończyków słowa, które bardzo go zastanowiły: „Jak wasza religia może być prawdziwa, skoro nie jest wyznawana w Chinach?”. W tym okresie wszystko, co pochodziło z Chin, było najważniejsze, najlepsze, było prawdą. Chiny były wzorem, podobnie chiński język. Japończycy najpierw posługiwali się pismem chińskim, a pismo japońskie z niego wyewoluowało.

Franciszek Ksawery wyruszył więc do Chin, ale nigdy tam nie dotarł. Mając 48 lat, umarł schorowany w wiosce rybackiej na wyspie Shanchuan Dao. Do Państwa Środka dotarli jednak inni jezuici.

Działalność misyjna była dla jezuitów bardzo ważna…

Kościół jest z natury misyjny, więc misyjni są też jezuici.Tym, co odróżniało ich od innych misyjnych zakonów (franciszkanów i dominikanów), było podejście do inkulturacji. Ignacy Loyola mawiał: „Kiedy głosisz komuś Ewangelię, musisz wejść jego drzwiami, a wyjść swoimi”. W takim sposobie myślenia tkwił sukces misyjny jezuitów w Chinach. Zasadę tę stosowali: Matteo Ricci, Adam Shall von Bell, Jakub Rho, Michał Boym – najbardziej znany polski misjonarz w Chinach czy Jan Mikołaj Smogulecki, astronom i matematyk.

Jakie były początki takich misji?

Po przyjeździe na miejsce budowano nieduży dom zakonny i kościół w miejscowym stylu architektonicznym. Chodziło o to, żeby nowe przesłanie przedstawić w sposób jak najbardziej bliski ludziom, we wnętrzu, które stylem niewiele różniło się od dobrze im znanego. Z tego też względu jezuici starali się poznać klasykę literatury chińskiej, historię kraju i jego kulturę. Było to o tyle istotne, że w Chinach panowały zupełnie inne stosunki społeczne niż w Europie. Chiny jako pierwsze państwo w historii wprowadziły egzaminy na urzędników państwowych, i to jeszcze przed naszą erą. Egzamin był niezwykle trudny, trwał tydzień, ale jeśli komuś, bez względu na pochodzenie, udało się go zdać, zyskiwał wysoką pozycję na drabinie społecznej - zostawał mandarynem. W Europie jeszcze do niedawna o wszystkim decydowało urodzenie. Chińczycy, Japończycy i Koreańczycy ogromną wagę przywiązywali - i do dziś przywiązują - do nauki, nie do pochodzenia. Jezuici, którzy docierali do Chin, byli świetnie wykształceni nie tylko w teologii czy filozofii, ale również w matematyce, astronomii, sztuce, muzyce, jak również w naukach technicznych, co w tym kontekście, już na starcie stawiało ich w dobrej pozycji.

Pierwsi jezuiccy misjonarze w Chinach wychodzili z założenia, że Ewangelia nie kłóci się z żadną kulturą, dlatego nie trzeba ewangelizować kultury, zmieniać jej na chrześcijańską (w domyśle europejską), ale trzeba ewangelizować ludzi w tej kulturze żyjących. Należy więc poznać miejscowy język, filozofię i kulturę i stać się Chińczykiem dla Chińczyka. Pomagał w tym określony ubiór czy noszenie długich bród. Jezuici pozwalali się nawet nosić w lektykach, na co oburzali się franciszkanie. Ale takie były w Chinach zwyczaje. Jeśli byłeś mandarynem z Zachodu, było to konieczne.

Ta metoda ewangelizacji przyniosła pożądany efekt?

Tak. XVII w. to czas wielkiego rozkwitu chrześcijaństwa w Chinach. Cesarz chiński Kangxi dał tylko jezuitom (choć misje prowadzili też franciszkanie i dominikanie) edykt prawny pozwalający na ewangelizowanie całych Chin. Miał do nich największe zaufanie. Wydaje się, że gdyby w tym czasie nawróciła się przynajmniej połowa Chin, to duża część Azji byłaby katolicka. Dlaczego? Bo - jak wspomniałem - Chiny były pewnym wzorcem dla krajów ościennych.

Jezuici od początku działalności ewangelizacyjnej nastawieni byli na nawracanie władców i osób wpływowych. Franciszkanie natomiast skupiali się na prostym ludzie. Cesarz był w Chinach panem życia i śmierci wszystkich Chińczyków. Jezuici wiedzieli, że jeśli zdobędą go dla chrześcijaństwa, zdobędą Chiny. Nie było to jednak łatwe. Żeby przekonać do siebie Chińczyka, trzeba zrobić na nim wrażenie, trzeba go olśnić. Jezuici starali się w tym celu wykorzystać wiedzę, którą posiadali, która stała się pierwszym i najważniejszym narzędziem ewangelizacji. Otwarli obserwatorium astronomiczne w Pekinie, udało się im nawet zmienić błędne poglądy chińskich astronomów. Tym zdobyli zaufanie cesarza. A ponieważ kultura chińska (japońska i koreańska też) jest bardzo pragmatyczna, uznano, że chrześcijaństwu – skoro ma tak wybitnych uczonych – warto się bliżej przyjrzeć.

Jeden z najważniejszych jezuickich misjonarzy, Matteo Ricci, napisał nawet „Traktat o Przyjaźni” jia you lun交友論, w którym połączył mądrość grecką, europejską, z chińską. To była jego pierwsza książka wydana przez jezuitów dla chińskich elit, świetnie zresztą przez nie przyjęta. „To piękny prezent dla przyjaciół” – powiedział o tej książce Feng Yingjing, sławny uczony i cesarski urzędnik. Było to w roku 1601.

W działaniu jezuitów nie było elementów agresywnego katolicyzmu, nie było obwieszczania, że tylko nasza religia jest prawdziwa, a wszystkie inne zasługują na piekło. Ostatecznie to każda religia jest dobra.

Skoro tak dobrze im szło, to dlaczego Chiny nie przyjęły chrześcijaństwa?

Pomiędzy jezuitami a innymi zakonami, ale też papieżem, wybuchł spór o tzw. ryty chińskie (dianli wenti典禮問題). To poważna rana w historii Kościoła w Chinach. Powiedziałbym nawet, że najpoważniejsza. Uniemożliwiła ona prowadzenie misji w Chinach przez ok. 300 lat.

Na czym polegał ten spór?

Pod koniec XVII w. jezuici zostali oskarżeni przez inne zakony o to, że głosząc Ewangelię, poszli na zbyt daleko idące ustępstwa względem Chińczyków. Próbowali bowiem określać Boga chińskimi pojęciami, sprawowali liturgię po chińsku, włączali w chrześcijańską duchowość ważne elementy chińskiej kultury. Zezwalali np. na kult przodków i ceremonie honorujące Konfucjusza, co dla Chińczyków miało wielkie znaczenie, ale raczej społeczne niż religijne. Poza tym ubierali miejscowe szaty mandarynów zamiast chodzić w sutannach.

Niestety trzystuletni spór o chińskie ryty był debatą nie tyle z Chińczykami, co o Chińczykach. Jej uczestnikami byli jezuici, dominikanie, franciszkanie, augustianie, Paryskie Towarzystwo Misyjne, około 26 kolejnych papieży, kardynałowie Świętego Oficjum, Kongregacji Propaganda Fide. Niejasności, często błędnie interpretowane fakty, nie tylko przyniosły wiele cierpienia, ukazując słabość rozeznania władz Kościoła, ale przyczyniły się także do negatywnej lekcji misjologii. Pozostało niewyjaśnione na owe czasy pytanie: jak zaadaptować, czy nie zaadaptować religię do kultury chińskiej, a kulturę do religii chrześcijańskiej?

Powiedział Ojciec, że jednym z zarzutów było określanie Boga chińskimi pojęciami. W czym tkwił problem?

W Japonii i Chinach nie było pojęcia Boga. Franciszkanie i dominikanie próbowali więc używać łacińskiego słowa Deus, ale ono było obce, niczego nie mówiło, nic ze sobą nie niosło. W chińskiej filozofii i kulturze było pojęcie Szangdi 上帝, czyli najwyższej siły, pana na wysokościach. Istniało też słowo „niebo” tian 天, ale nie w naszym znaczeniu teologicznym. Była to raczej wielka nieokreślona siła. Odpowiednim określeniem wydawało się zaproponowane przez Matteo Ricciego Tianzhu - Pan Niebios, i tym terminem posługiwali się jezuici.

Jak zakończyła się sprawa rytów chińskich?

Potępieniem ich przez papieża, na co cesarz zareagował wypędzeniem z kraju wszystkich misjonarzy. W Chinach pozostało tylko kilku jezuitów darzonych przez cesarza szczególnym szacunkiem. Spełniali oni na dworze ważną rolę, byli tam matematykami i astronomami.

Wydaje się, że papież nie miał obiektywnych informacji na temat tego, co działo się w Chinach. Brakowało też chyba chęci zrozumienia problemu. Kolejni papieże ufali świadectwom misjonarzy zaangażowanych w spór, i w ten sposób górę nad rzetelnym osądem brała ludzka zawiść.

Początek krytyce rytów chińskich dał dominikanin, Juan Baptista de Morales, który przybył do Chin w 1633 r. Dziesięć lat później przedstawił w Rzymie swoje spostrzeżenia z wyprawy. Sformułował 17 zapytań, które uderzały w jezuitów. Po dwóch latach Propaganda Fide (dzisiejsza Kongregacja ds. Ewangelizacji Narodów) przyznała mu rację i potępiła praktyki jezuickie w Chinach. To był wstrząs dla naszego zakonu. Do Rzymu wyruszył z Chin jezuita, Martino Martini, i w 1651 r. przekonywał Ojca Świętego i Propaganda Fide, że Morales nie miał powodów, by formułować takie oskarżenia. Papież Aleksander VII 23 marca 1656 r. przyznał Martiniemu rację. Ale to nie był koniec sporów.

Co stało się dalej?

W 1665 r. w Kantonie miała miejsce konferencja misyjna, której zadaniem było ujednolicenie przez zakony metod pracy w Chinach. Franciszkanie zaaprobowali na niej ryty chińskie, jednak po zakończeniu konferencji, znów dominikanin, o. Domingo Fernandes Navarette, zaatakował w Rzymie jezuitów. W 1676 r. napisał książkę, w której skrytykował jezuickie metody misjonarskie. Rozpaliła ona na nowo dyskusję.

Oliwy do ognia dolał biskup Karol de Tournon, z Paryskiego Stowarzyszenia Misyjnego, który w swoim wikariacie zabronił jezuitom wszelkich praktyk związanych z rytami chińskimi. W 1697 r. Święte Oficjum znów rozkazało zbadać sprawę rytów chińskich. Po 6 latach dyskusji, w 1704 r., papież Klemens XI potępił ryty chińskie. Wysłał Karola de Tournona do Chin i nadał mu tytuł patriarchy antiocheńskiego i ambasadora pomocniczego Indii i Chin. To nie był dobry wybór. Legat powinien raczej poszukiwać jedności niż podziału, tymczasem już na samym początku swej działalności potępił on w Goa uznany ryt malabarski! Wywołało to furię miejscowego biskupa, który napisał list do Watykanu z prośbą o zmianę decyzji. Gdy legat przybył do Pekinu, był pełen podejrzeń i wrogości wobec cesarza. Cesarz też nie pozostał obojętny. Trudno w takiej atmosferze o jakikolwiek dialog. Klemens XI jednak całkowicie ufał swojemu wysłannikowi i przyznał mu rację nawet w kwestii rytów malabarskich. Co więcej, wyniósł go do godności kardynała. Swój sprzeciw wobec rytów chińskich papież wyraził w bulli Ex Indie Die.

Zapewne zostało to źle odebrane w Chinach...

Wydalono misjonarzy, pojawiły się prześladowania. Papież, świadomy powagi sytuacji, chcąc uniknąć przemocy skierowanej przeciwko katolikom, wysłał - w miejsce zmarłego de Tournona - kolejnego legata; był nim Carlo Ambroggio Mezzabarba. Ten także upierał się przy bulli Ex Indie Die. W rozmowie z cesarzem Kangxi w 1720 r. przedstawił on stanowisko potępiające ryty chińskie. Cesarz odebrał to jako osobistą zniewagę.

Kolejny papież, Benedykt XIV, potwierdził ważność bulli Ex Indie Die i wszystkim nieposłusznym misjonarzom nakazał przyjazd do Europy w celu odbycia pokuty i złożenia przysięgi posłuszeństwa. Benedykt XIV był ostatnim papieżem, który sprzeciwiał się jakiejkolwiek inkulturacji w Chinach. Ostatecznie 28 lutego 1941 r. Propaganda Fide zakończyła kontrowersje wokół rytów chińskich.

Cena za niemal 300 lat sporów i niepodjęcie twórczego ryzyka w ewangelizowaniu Chin jest olbrzymia. Do tego trzeba też dodać okres komunistyczny, zwłaszcza rewolucji kulturalnej (1966-76) za Mao Tse-tunga.

Obecnie mamy w Chinach do czynienia z dwoma Kościołami: podziemnym i „oficjalnym”...

Na przełomie IV i III w. przed Chr. jeden z interpretatorów Konfucjusza, Mencjusz, sformułował doktrynę, która obowiązuje do dziś: „Na niebie nie może być dwóch słońc”. Oznacza to tyle, że wszystko musi być podporządkowane jednemu ośrodkowi władzy, religia również. Władza w Chinach rości sobie prawo do kontrolowania na podległym jej terenie każdej religii. W przypadku katolicyzmu oznacza to np. decydowanie, kto będzie biskupem. Próba mianowania biskupa przez papieża jest odbierana przez władze jako ingerencja w wewnętrzne sprawy Chin. Dlatego mamy dwa Kościoły: jeden wierny władzy chińskiej, drugi - papieżowi.

Kościół podziemny jest nieustannie prześladowany. Wielu księży, biskupów i świeckich przebywa w więzieniach i obozach pracy. Kościół podziemny to Kościół cierpiący. Często rodziny księży nie mają nawet pojęcia, gdzie ich krewny jest osadzony i czy jeszcze żyje. Sytuacja ta rodzi podziały wśród duchownych; jedni się załamują i odchodzą, inni pozostają wierni. To wielka i krwawiąca rana w Kościele chińskim.

Tym bardziej, że pomiędzy tymi dwoma Kościołami nie ma różnic doktrynalnych…

To prawda. Poza tym Watykan nigdy nie wydał ekskomuniki dla żadnego mianowanego przez chińską władzę biskupa. Co więcej, Benedykt XVI niektórych biskupów Kościoła „oficjalnego” zaakceptował. Zrobił to niewątpliwie po to, aby rozładować pewna napięcia, żeby zbliżyć oba Kościoły do jedności. Obecny papież napisał nawet list do chińskich katolików, bardzo dobry zresztą, ale niestety spotkał się on z negatywnym przyjęciem ze strony władz Pekinu, jako kolejna ingerencja Kościoła w wewnętrzne spawy Chin.

Podziały między chińskimi duchownymi widoczne są nawet w Europie. W Niemczech i w innych miastach Europy, gdzie kształcą się chińscy klerycy, zarówno z Kościoła „oficjalnego”, jak i podziemnego, dochodzi między nimi do różnych napięć. Sam byłem tego świadkiem.

Jaki procent ludności chińskiej stanowią katolicy? Czy jest to zauważalna liczba?

Na miliard trzysta milionów Chińczyków raczej nie jest to liczba zauważalna. Nikt dokładnie nie wie, ilu jest katolików w Chinach. Niektóre źródła podają, że od 12 do 24 milionów, ale to tylko szacunki. Jedno jest pewne, są to bardzo gorliwi chrześcijanie. Tam, gdzie są prześladowania, tam jest też wielka gorliwość. Może w tym wielkim morzu ludności nie są zauważani, ale są kroplą, która z mocą Ducha Świętego drąży skałę. I tylko On zna czas, kiedy ich praca i wierność wyda owoce.

A jak jest w Korei i Japonii?

Chrześcijaństwo trafiło do Korei w bardzo nietypowy sposób. To chyba jedyny kraj na świecie, który poprosił o chrześcijańskich misjonarzy. Koreańczycy usłyszeli w XVII w. o nowej religii w Chinach. Pojechali do Państwa Środka, zbadali, czym jest chrześcijaństwo, przywieźli Biblię i książki jezuitów wydane po chińsku i zaczęli rozpowszechniać katolicyzm w swoim kraju. To była zasługa najpierw ludzi świeckich. Chrześcijaństwo rozwija się tam do tej pory. W Korei Południowej żyje obecnie 6 milionów katolików. Nie wiemy, jak jest w Korei Północnej, bo zajmuje ona pierwsze miejsce wśród 50 krajów świata, które najbardziej prześladują wyznawców Chrystusa, ale wiemy, że katolicy tam są.

W Japonii katolicy stanowią ok. 1-1,5% ludności. To niewiele jak na 130 milionów mieszkańców kraju Kwitnącej Wiśni. Mamy w Japonii uniwersytety, mamy szkoły, Kościół jest w niej obecny i zauważalny, ale nie przekłada się to na zwiększenie liczby wiernych. Japończycy mają bardzo pragmatyczne, wręcz materialistyczne podejście do życia.

Czy to znaczy, że w ogóle nie są religijni?

Są, ale na swój sposób. Nie brakuje w Japonii świątyń. Jeśli jednak spytamy Japończyka, w co wierzy, to odpowie, że to zależy. Jest trochę buddystą, trochę szintoistą, ale ślub najchętniej weźmie w Kościele katolickim ze względu na piękną oprawę. U nas takie myślenie jest nie do przyjęcia. My lubimy jasność, zasadę: niech wasza mowa będzie „tak tak, nie nie”. Mentalność ludzi Wschodu jest nieco inna. Kiedy rozmawiam z Japończykiem, zanim dojdę do sedna problemu, muszę wcześniej dość długo krążyć wokół. My Europejczycy, od razu przechodzimy do rzeczy. Tam podstawowa zasada rozmowy brzmi: „Nie mogę urazić twoich uczyć, nie mogę cię obrazić”. Chińczyk nie potrafi powiedzieć „nie”. Nawet gdy mówi „nie”, to robi to tak, żeby tego nie powiedzieć. Dlatego nie zadaje się Azjacie niewygodnych pytań, bo on się pogubi, nie będzie wiedział, jak z tego wybrnąć.

Japończyk jest perfekcjonistą, ma ogromną cierpliwość i samodyscyplinę. Ceni rodzinę. W Azji małżeństwo zawsze pełniło ważną rolę. Rodzina jest w pewnym sensie - nawet dla niewierzących - sakramentem, elementem wielkiej jedności. Tego nie widać w Ameryce czy w Europie, gdzie mamy wielką falę rozwodów. Tymczasem do niedawna w Japonii rozwód był nie do pomyślenia.

Ale mentalność Azjatów chyba trochę się zmienia?

Największym problemem staje się kult pieniądza, zwłaszcza w Chinach, które przeżywają boom ekonomiczny. Trzeba jednak przyznać, że w różnych rejonach Chin, różnie to wygląda. W regionach bogatszych, na południu, np. w Szanghaju, gdzie ludzie żyją dostatnio, łatwiej trafić z Ewangelią, tu z religijnością nie jest źle. Na północy, gdzie Chińczycy dopiero starają się wzbogacić, jest znacznie gorzej. Tam też dokonuje się znacznie więcej aborcji, nawet w 8 i 9 miesiącu ciąży, zwłaszcza jeśli ma się urodzić dziewczynka. Czasem dziewczynki wyrzuca się na śmietnik tuż po porodzie. W Chinach, w Japonii, w Korei, w Indiach zawsze ceniono tylko męskiego potomka i tylko przy narodzinach chłopca składa się rodzicom gratulacje. Nawet dzisiaj, kiedy kobiety zdobywają tytuły naukowe, pełnią ważne stanowiska, także państwowe, to płeć je określa. Kobieta jest zawsze tylko kobietą. Jeszcze teraz zdarza się, że Japonka idzie kilkanaście metrów za mężem, a kiedy ten przychodzi do domu, podaje mu z ukłonem kimono. Japończyk po pracy najpierw idzie do pubu z kolegami, bo oni są najważniejsi. Cóż, kultura azjatycka to kultura męska.

W mentalności Azjatów nie zmienia się jedno - zasada: „Najpierw grupa, potem jednostka”. Nie jest im znane, tak cenne dla nas, pojęcie wolności osobistej. Cała filozofia europejska i nasza kultura podporządkowane są zasadzie: „ja i społeczeństwo”, tutaj jest odwrotnie. Już w przedszkolach dzieci uczą się podporządkowania liderowi. W szkole, na studiach, w pracy jest tak samo: trzeba znaleźć swoje miejsce w grupie i słuchać przywódcy.

To znalazło także odbicie w systemie społecznym - kult cesarza w Chinach został przeniesiony na kult przywódcy partii.

Czy chrześcijaństwo może być dziś atrakcyjne dla mieszkańców tej części Azji?

Myślę, że tak. Dla wielu mieszkańców Dalekiego Wschodu, z którymi rozmawiałem, powodem do wielkiej radości jest to, że Jezus był Azjatą (mimo że to głównie Europejczycy głoszą Ewangelię). Czują, że Jezus jest im bliski także przez to.

Nie spotkałem w Chinach czy Japonii osoby, której nie podobałaby się Ewangelia. Żaden z moich rozmówców nie odrzucał przekazu biblijnego. W wymiarze etycznym jest on bliski wartościom wyznawanym przez mieszkańców tego regionu, poza tym w żaden sposób nie kłóci się z kulturą, jest ponadkulturowy. Trudno im jednak zrozumieć krzyż. Ghandi czasem stawał pod krzyżem i medytował, jakby chciał usłyszeć głos samego Chrystusa. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Jezus został ukrzyżowany. To pytanie ważne i trudne także dla Chińczyków i Japończyków. Co to za Bóg, który umarł w ten sposób? Dla wielu Chińczyków widok ukrzyżowanego Chrystusa jest po prostu rażący. To jest dokładnie scandalum crucis.

Gandhi powiedział kiedyś i wciąż są to słowa aktualne: „Wy, ludzie zachodu Europy, głośno krzyczycie, głosicie wiele kazań. A popatrzcie na kwiat róży. W ciszy wydaje swoją woń”. Brakuje nam milczenia, nasz Kościół jest przegadany. Za dużo w nim słów niewiele znaczących. W ten sposób Słowo traci swą moc. Od Azjatów powinniśmy się uczyć milczenia i pokory. Wśród katolików w Chinach i Wietnamie uderza mnie ewangeliczne ubóstwo świeckich i duchownych. Biskupi i księża naprawdę bardzo ubogo mieszkają. Być może dzięki temu panują tam naprawdę świetne relacje, nikt się nie wywyższa, nikt nie tworzy barier. Każdy może na drugiego liczyć. Myślę, ze tego też potrzebuje Kościół w Europie, aby był bardziej wiarygodnym w swoim nauczaniu.

Zamiast krzyczeć, że my wszystko wiemy i mamy rację, warto nauczyć się słuchać, nie tyle uszami, co sercem. A w filozofii chińskiej serce i umysł są nierozdzielne, stanowią jedność. Tego w historii nam zabrakło, a teraz płacimy za to ogromną cenę.

Rozmawiali: Sławomir Rusin i Marcin Jakubionek

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku LIST (7/2012)


 o. dr Jan Konior, jezuita, wykłada filozofię i kulturę Wschodu na Akademii Ignatianum w Krakowie. Jest rekolekcjonistą i autorem książek z dziedziny duchowości.

 

Newsletter

Zapisz się
do góry